Skonaktuj się z nami    kontakt@grudziadzmiastootwarte.pl
Witamy na portalu GrudziadzMiastoOtwarte.pl. Miłego dnia!

„Jeszcze się kiedyś spotkamy”…

Czy zawsze można dotrzymać takiej obietnicy i czy warto być jej odbiorcą?

Moje refleksje po lekturze książki Magdaleny Witkiewicz pt. „Jeszcze się kiedyś spotkamy”…

Na wstępie drobne ostrzeżenie, aby być fair w stosunku do Czytelników – z dużym
prawdopodobieństwem będziecie ryczeć! Dla mnie to była bardzo emocjonalna przygoda i przyznaję
– ryczałam!
Trochę odwlekałam w czasie lekturę, bo spodziewałam się zwykłego romansu jakich
wiele. Ku mojemu zaskoczeniu książka „Jeszcze się kiedyś spotkamy” okazała się być dla mnie
sentymentalną wyprawą w świat uczuć oraz świat Grudziądza z czasów II wojny światowej. Jest to
książka wielowątkowa i zachęcająca do refleksji nad własnym życiem, ale od początku.

Jak już wspomniałam, autorka zaprasza nas poprzez losy bohaterów do podróży w czasy II
wojny światowej. Równolegle poznajemy również historię miłosną Justyny i Marka, którzy żyją w
czasach nam współczesnych. Magdalena Witkiewicz już na początku powieści prezentuje nam teorię
epigenetyki, która wydaje się być punktem wyjścia do tego, jak toczą się losy współczesnych
bohaterów.

Autorka przekonuje nas, że losy Justyny są mocno uzależnione od decyzji, jakie
podejmowała w przeszłości jej babcia. Ja jednak uważam, że nasza przyszłość nie zależy od tego, jak
swoje życie przeżyli nasi przodkowie a teoria epigenetyki (inaczej transgeneracyjna), może być wręcz
używana jako wymówka, aby nic ze swoim życiem nie zrobić. No bo skoro mój los i tak jest z góry
określony, to cóż takiego ja mogę z tym zrobić? Otóż według tej teorii niewiele. To z kolei może
prowadzić do stagnacji i utkwienia w życiu, z którym wiecznie się szarpiemy i którego nie lubimy.
Jestem świadoma, iż przeszłość oddziałuje na naszą teraźniejszość, ponieważ to, w jakiej rodzinie się
wychowaliśmy ma wpływ na to, jakie wyznajemy wartości, jak patrzymy na świat i co jest dla nas
ważne. Jest to jednak wpływ jedynie pośredni. Będąc istotami rozumnymi wciąż weryfikujemy
zasadność pewnych wzorców, w których wzrastaliśmy, poddajemy nasze działania refleksji i los
przodków nie determinuje naszej przyszłości, ponieważ to my, a nie nasi dziadkowie, decydujemy o
tym jak będziemy żyć.

Chociaż teoria transgeneracyjna mnie nie porwała, to sama fabuła powieści Magdaleny
Witkiewicz już zdecydowanie tak. Autorka niejednokrotnie przypomina nam na kartkach książki jak
ważne są relacje z drugim człowiekiem oraz jak istotne jest odnajdywanie szczęścia w zwykłej
codzienności. Prezentując trudne losy bohaterów Magdalena Witkiewicz uczy nas aby w pełni
doceniać to, co mamy każdego dnia. Ludzie, którym wojna zabrała tak wiele potrafili celebrować
każdą wspólną chwilę, cieszyli się z drobnych rzeczy. Myślę, że my współcześni zbyt wiele spraw
bierzemy za pewnik, za coś, co nam się należy i zostanie z nami na zawsze. Poczuliśmy się zbyt
komfortowo w wierze, że coś raz nam dane nigdy nie zostanie nam odebrane i niejednokrotnie
boleśnie przekonujemy się, że tak nie jest. Każdego dnia ktoś coś lub kogoś traci, czyjś świat się
kończy.

Doceńmy tych, którzy są obok nas, cieszmy się ze spaceru w promieniach słońca, degustujmy
pyszną kawę, zamiast wciąż pić ją w pośpiechu parząc sobie usta. Życie mija szybko i nie jesteśmy w
stanie go zatrzymać i choć to banał, często dopiero na jego progu odkrywamy z żalem, że jedynym
pewnikiem jest śmierć. Nie żyjmy więc tak, jakby jej nie było, ale celebrujmy życie właśnie przez
wzgląd na nią.
Ludzie czasów wojny bardziej niż my zdawali sobie sprawę z kruchości życia i ulotności chwil,
przez co żyli intensywniej a ich uczucia były bardziej gorące. My tak wiele spraw odkładamy na
później i o ile odłożone pranie nam nie ucieknie i żadne cierpienie z tego nie wyniknie, to odkładanie
na później uczuć i słów takich jak: „kocham Cię”, „cieszę się, że jesteś obok” czy „Przepraszam” może
być bardzo ryzykowne nie tylko w czasie wojny… Trzeba brać życie w swoje ręce i żyć prawdziwie tu i teraz,
a nie w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Jedna z bohaterek książki, Justyna, trafnie podsumowuje te myśli słowami: „…wciąż czekałam na szczęście.
Czy szczęście przyszło wtedy, gdy na nie czekałam? Nie. Przestałam czekać? Tak, teraz nie czekam.
Jedynie na autobus (…) Czasem czekam na dzieci z obiadem czy nowy odcinek serialu. Ale nie czekam, aż ktoś coś zrobi. Sama jasno
komunikuję, czego oczekuję. I często to dostaję. A jak nie dostaję? Nie mam o to żalu”, „… Nie warto
chować swojego życia za szkło i czekać na lepsze okazje, by z niego korzystać [jak odświętne filiżanki z
porcelany]. Trzeba chłonąć każdy dzień i się nim cieszyć. Rano być wdzięcznym za to, że się
obudziliśmy, a wieczorem dziękować za to, że mamy zapisaną kolejną kartkę z kalendarza naszego
życia”. To od nas zależy co zrobimy z naszym życiem, jakie podejmiemy decyzje i czy ocenimy, że
szklanka jest do połowy pełna czy pusta.

Czytając książkę pt. „Jeszcze się kiedyś spotkamy” bardzo poruszyła mnie taka oczywistość
faktu, że człowiek potrafi znieść naprawdę bardzo wiele, zaadoptować się do najtrudniejszych
warunków i nawet w obliczu wszechobecnej śmierci i zła zachować człowieczeństwo. Bardzo dobrze
obrazują to słowa jednego z bohaterów książki: „Wszyscy zaadoptowali się do życia w wojennym
Grudziądzu i nawet przez chwilę poczuli pewnego rodzaju stabilność w tym jakże niestabilnym wtedy
świecie”. Niejednokrotnie podczas lektury docierają do nas absurd i bezduszność wojny. Wojna to
taki okropny czas, gdy cierpią wszyscy przez chore ambicje i mylne przekonania niektórych.

Adela w pewnym momencie mówi do swojego przyjaciela: „-Zobacz, Janek, jakie to są dziwne czasy. Najpierw
byliśmy gnębieni jako Polacy przez Niemców. Potem wpisano nas na folkslistę. Dla Niemców byliśmy
zbyt mało niemieccy, a dla Polaków staliśmy się zdrajcami. Teraz, gdy już wszystko ucichło, dla
czerwonoarmistów jesteśmy bardzo prawdziwymi Niemcami i trzeba nas zniszczyć. Czy nieważne jest
to jakimi jesteśmy ludźmi? Staramy się żyć dobrze, w zgodzie ze wszystkimi. Nikomu nie robimy
krzywdy, a ciągle ktoś ma do nas o coś pretensje. Dokąd ten świat zmierza?…”

Jednak nawet w sytuacji totalnej niepewności jutra człowiek potrafi znaleźć w sobie siłę aby walczyć
o siebie i zatroszczyć się o innych. Czasami można spotkać się ze stwierdzeniem, że dziś ludzie są zbyt
delikatni i nieodporni na stres. Może faktycznie jest tak, że ciężkie czasy wychowują twardych ludzi
i kiedy zostajemy postawieni wobec trudności, to wtedy staramy się sprostać wyzwaniu w myśl
zasady, że „Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono”. Te słowa Wisławy Szymborskiej doskonale
odnoszą się do jeszcze jednej istotnej kwestii poruszonej w powieści, a mianowicie do naszego
stosunku do osób potrzebujących czy cierpiących, nie tylko z powodu wojny.

Uważam, że jako naród mamy w sobie sporo empatii, współczujemy tym, którzy doznali różnego rodzaju krzywd
i organizujemy dla nich pomoc, nie tylko materialną. Niejednokrotnie pokazaliśmy, że umiemy się
dzielić, tym co mamy, chociaż sami często mamy niewiele. W tym przedświątecznym okresie, mam
taką refleksję, że warto rozejrzeć się dookoła i dostrzec osobę, która żyje gdzieś obok nas a której być
może przydałaby się pomoc. Przytoczę Wam cytat, który tak mocno zwizualizowałam sobie w
wyobraźni, iż miałam wrażenie, że to ja jestem tą bohaterką książki, która dzierga na drutach
wełniane skarpety, słysząc w oddali wybuchy…: „Joachim, ja siedzę i robię te skarpety, a potem
zanoszę je, by wysłano na front. Ale wiesz, ja nawet nie jestem pewna, czy one przypadną Polakom,
Niemcom, czy takim jak my. I chyba nie ma to dla mnie żadnej różnicy. Po prostu chcę, by ktoś na tej
wojnie pomyślał o mnie z wdzięcznością, chcę, by komuś dzięki mnie było ciepło. Nieważne, kto
będzie je nosił. Robiąc je, czuję się potrzebna.”. Być może właśnie takie skarpety zrobione na drutach
przydałyby się naszemu sąsiadowi piętro wyżej, a puszka herbaty miłej pani z warzywniaka za
rogiem? Czasami tak niewiele trzeba aby uczynić czyjś świat lepszym.

Zbliżając się już do końca muszę wyznać, że lektura silnie pobudziła mnie do wspomnień o
mojej rodzinie, której historia tak bardzo związana jest z Grudziądzem. Ja sama tutaj się urodziłam,
wychowałam, tu zawsze wracałam i tu czuję się najlepiej, bo tu są moje korzenie. W Grudziądzu
jestem u siebie i lubię tu być! Można wręcz powiedzieć, że za każdym rogiem czai się jakieś
wspomnienie. Mam na laptopie taki folder ze zdjęciami dawnego Grudziądza, do którego czasami
z rozrzewnieniem zaglądam, szukając miejsc, które współcześnie wyglądają zupełnie inaczej.
Wyobrażam sobie ludzi, którzy wtedy tu mieszkali, spacerowali po grudziądzkich chodnikach. Mam
oprawione w złotą ramę zdjęcie ze wspomnianego folderu, na którym młoda kobieta w kapeluszu
idzie w kierunku kościoła pw. Św. Franciszka Ksawerego przy ul. Kościelnej 9, mijając po prawej
stronie budynki przy ulicy Starorynkowej, patrząc w kierunku jadącego w stronę Rynku tramwaju.
Wiele razy rozmyślałam o tym, kim ona była, dokąd szła, jakie miała marzenia… Chciałabym choć na
chwilę przenieść się do tej chwili uwiecznionej na fotografii, zobaczyć Grudziądz w tym konkretnym
czasie i porozmawiać z tą dziewczyną… Książka Magdy Witkiewicz była dla mnie trochę taką
wędrówką w głąb tego zdjęcia i razem z bohaterami powieści odbywałam tę często trudną podróż,
niejednokrotnie próbując znaleźć w moim folderze zdjęcia z miejscami, o których pisze autorka.
Wiele ulic miało w czasie wojny zupełnie inne nazwy, jak chociażby ówczesna Hitler Strasse – dziś
Legionów, przy której mieszkał bohater książki – Joachim, w pięknej kamienicy z windą jedyną taką w
Grudziądzu (podobno najstarszą w Europie!). Akcja książki rozgrywa się także m.in.
na ul. Paderewskiego, ul. Fortecznej (gdzie mieszkała Sabina), ul. Jagiellończyka (dom Państwa Schmidtów).
Natomiast losy głównych bohaterów poznajemy, gdy wychodzą z kina „Gryf”, które zostało
wybudowane w 1929 r., w okazałym budynku mieszkalnym przy placu 23 Stycznia nr 17, w którym to
budynku mieściła się również redakcja m.in. „Dziennika Grudziądzkiego”. Kino zostało niestety
spalone w czasie działań wojennych w 1945 r. Dziś, mieszkając w Grudziądzu, kroczę po miejscach,
w których bohaterowie książki przeżywali ważne chwile swojego życia. Moje serce zdecydowanie
mocniej zabiło, gdy Adela i Franciszek brali ślub w kościele w Tarpnie, w którym chrzczone były moje
dzieci. Ogromne wzruszenie ściskało mi gardło za każdym razem, gdy na kartach książki pojawiał się
zakład Ventzkiego, (czyli UNIA), tak mocno związany z historią moich Ukochanych Rodziców.
Poruszająca scena dotycząca wspomnień o Grudziądzu ma miejsce, gdy Franciszek, będąc poza
granicami Polski i odzyskując, utraconą w wyniku urazu głowy, pamięć: „Pamiętał Grudziądz,
księgarnię na rogu ulic… Nie potrafił sobie przypomnieć ich nazwy, kiedyś często tam chodził. W
czasie wojny pracował w fabryce i naprawiał maszyny. Jeździł tam tramwajem. Jedynką. Rzeka, nad
którą spacerował, nazywała się Wisła…” Te słowa dobitnie świadczą o tym, jak bardzo Franciszek czuł
się związany z Grudziądzem i mimo, że stracił pamięć jego podświadomość podsuwała mu obrazy
z miejsca, które kochał i w którym kochał.

Na koniec, odnosząc się do pytania, które postawiłam na początku, uważam, że nie zawsze
można dotrzymać obietnicy, że „Jeszcze się kiedyś spotkamy”…, i ja zdecydowanie nie chciałabym być
jej odbiorcą. Nie należy składać takich obietnic, szczególnie w sytuacji, gdy nie jesteśmy pewni, czy
będziemy w stanie dotrzymać słowa. Ciężar takich obietnic zwłaszcza w obliczu wojny, gdy tak
naprawdę każdy dzień może być tym ostatnim, jest bardzo trudny do uniesienia. Zarówno spełnienie
obietnicy jak i jej niedotrzymanie niosą ze sobą bagaż nie zawsze pożądanych konsekwencji, których
nie uniknęli również bohaterowie powieści. Nie będę oczywiście zdradzać zakończenia, jednak jestem
przekonana, że po lekturze każdy z Czytelników będzie miał swoje przemyślenia na ten temat.

A tymczasem życzę Wam miłego czytania 🙂

WeriBe

Poznajmy się!

Tym chemy Cię zainteresować

Co? Gdzie? Kiedy?

Najnowsze wpisy

LATO NA STARYM MIEŚCIE 2024
19 czerwca 2024
Laboratorium Pana Kleksa w Ogrodzie Biblioteki Miejskiej już 22 czerwca
19 czerwca 2024
Już wkrótce otwarta zostanie wystawa pokonkursowa, prezentująca nagrodzone prace uczestników ogólnopolskiego konkursu plastycznego pt. „Autoportret, czyli portret własny”.
19 czerwca 2024
Fado Festiwal w Grudziądzu
19 czerwca 2024
Czas zwiedzania poznajcie historię Domu Towarowego Korzeniewskich
19 czerwca 2024
Lipa, nie do Lipy! – Misja Na Zdrowie.
18 czerwca 2024