

„Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz” – pamiętam to powiedzenie z moich lat dziecięcych. Powiedzenie, które zawiera tylko część prawdy; przynajmniej w dzisiejszych czasach. Powinno się je zmodyfikować na „Załatw dyplom; on załatwi dobrą posadkę”. Byle mieć wysoko usadowionych, we władzach, mocodawców; wtedy nauka może pójść w odstawkę.
Pamiętam swoje zaoczne studia. Pięć lat zajęć, dojazdy do Warszawy, praca magisterska o międzywojennym Grudziądzu na 200 stron A4. Zaliczenia, kolokwia, egzaminy – wszystkie te gęste sita zatrzymywały, w miarę lat studiowania, część koleżanek i kolegów. W pierwszym terminie, do końcowej obrony pracy, z około 35 studentów pierwszego roku – podeszło nas tylko czworo. Nie było zmiłuj, żaden z wykładowców nie przepuścił na egzaminie nieprzygotowaną osobę na jej ładne oczy. Powtórzę – to były studia zaoczne…
O podobnie wysoki poziom dbano też na niższym etapie – w zasadniczych szkołach zawodowych, technikach i liceach. Do tych bardziej renomowanych również była ogromna kolejka chętnych, egzaminy wstępne selekcjonowały kandydatów. Kto ukończył taką szkołę a następnie popracował w swoim wyuczonym zawodzie, stawał się fachowcem „pełną gębą”.
Od lat 90. XX wieku nastąpił drugi etap „alfabetyzacji Polski”, po tym pierwszym z przełomu lat 40 i 50. Tym razem władze postawiły sobie za cel upowszechnienie studiów wyższych – obok czteroletnich studiów inżynierskich i pięcioletnich magisterskich wprowadzono trzyletnie licencjaty. Nie to było powodem obniżenia poziomu nauczania, tylko w sicie egzaminacyjnym przepuszczające oczka stały się dużo większe. Jeśli więcej ludzi miało kończyć uczelnie, to wymagania musiały zostać znacząco obniżone. Coś za coś…
Drugim powodem było powstanie ogromnej liczby prywatnych, płatnych uczelni, które zaczęły konkurować między sobą o studenta. „Płacę, więc wymagam”… dyplomu, czasem bez zbytniego obciążania głowy męczącą nauką. Doszedł do tego kryzys demograficzny – podobne problemy zaczęła odczuwać część szkół średnich. Przy okazji ministerstwo oświaty kilka razy zreformowało nauczanie, likwidując zasadnicze szkoły zawodowe. Szkoły branżowe to już nie ten poziom nauki. Kiedyś kolega, uczący w technikum oraz (jeszcze wtedy) w zasadniczej szkole, stwierdził z przekąsem: „Teraz przepuszczam w technikum z takimi wiadomościami, z jakimi dawniej nie przepuściłbym w zawodówce. Inaczej znajdę się na dywaniku u dyrektora”.
O wielu uczelniach wyższych mógłbym to samo napisać, a nawet bardziej dosadnie. Zwłaszcza tych, których jedynym celem jest wypracowanie zysku. Płatne uczelnie… Dochodzi wtedy do takich wynaturzeń, jak ostatnio z Collegium Tuman… ups! – Humanum. Zapłacone kilka tysięcy złotych i już płatnik otrzymywał dyplom upoważniający do zasiadania w wysoce zyskownych spółkach Skarbu Państwa. Oczywiście, jeśli był też wysoko umocowany/miał znajomości (właściwe wybrać) w aktualnie rządzących władzach w państwie.
Pamiętam o filii Politechniki Szczecińskiej we Włocławku, funkcjonującej w latach 90., która przyjmowała na studia uczniów bez… matury. Ważne, że zapłacili czesne. Na grudziądzkim podwórku też zdarzały się podobne „kwiatki” – przez pewien czas na jednym z osiedli funkcjonowała wieczorowa szkoła średnia dla uczniów z… Górnego Śląska (z Rybnika, o ile dobrze pamiętam). Tak, niby przyjeżdżali stamtąd „się uczyć” do naszego nadwiślańskiego grodu. Widocznie mieli najbliżej. Ważne, że zapłacili za naukę. Na szczęście – jej już też nie ma. Obie „placówki oświatowe” zostały zlikwidowane po kontrolach ze strony władz oświatowych.
Ile jeszcze takich szkół-widmo funkcjonuje w Polsce? Ile jeszcze powstanie? „Biznes to biznes”.
Czy wcześniej nie było takich szkół, gdzie nie trzeba było zbytnio się wysilać, a dyplom się uzyskiwało? Też były, ale na zasadzie wyjątku, a nie dzisiejszej powszechności zjawiska. (O jednej takiej uczelni, zlikwidowanej w 1990 roku, napisałem w najnowszej książce, która niedługo się ukaże).
Co jest ważniejsze – powszechność wyższych studiów, które dość radykalnie obniżyły poziom nauczania, a czasem ich dyplom jest papierkiem uzyskanym li tylko „za pieniądze”? Czy też utrzymanie ich elitarności i wysokiego poziomu nauczania? Czy rozwój szkolnictwa mamy mierzyć ogromną liczbą „studentów”? Czy szkoły branżowe są lepsze od dawnych „zawodówek”?
Na to pytanie niech każdy sam sobie odpowie. Osobiście wolę, aby budowlaniec niekoniecznie miał nawet dyplom technika, byle znał dobrze swój fach.
„Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz” – pamiętam to powiedzenie z moich lat dziecięcych. Powiedzenie, które zawiera tylko część prawdy; przynajmniej w dzisiejszych czasach. Powinno się je zmodyfikować na „Załatw dyplom; on załatwi dobrą posadkę”. Byle mieć wysoko usadowionych, we władzach, mocodawców; wtedy nauka może pójść w odstawkę.
Pamiętam swoje zaoczne studia. Pięć lat zajęć, dojazdy do Warszawy, praca magisterska o międzywojennym Grudziądzu na 200 stron A4. Zaliczenia, kolokwia, egzaminy – wszystkie te gęste sita zatrzymywały, w miarę lat studiowania, część koleżanek i kolegów. W pierwszym terminie, do końcowej obrony pracy, z około 35 studentów pierwszego roku – podeszło nas tylko czworo. Nie było zmiłuj, żaden z wykładowców nie przepuścił na egzaminie nieprzygotowaną osobę na jej ładne oczy. Powtórzę – to były studia zaoczne…
O podobnie wysoki poziom dbano też na niższym etapie – w zasadniczych szkołach zawodowych, technikach i liceach. Do tych bardziej renomowanych również była ogromna kolejka chętnych, egzaminy wstępne selekcjonowały kandydatów. Kto ukończył taką szkołę a następnie popracował w swoim wyuczonym zawodzie, stawał się fachowcem „pełną gębą”.
Od lat 90. XX wieku nastąpił drugi etap „alfabetyzacji Polski”, po tym pierwszym z przełomu lat 40 i 50. Tym razem władze postawiły sobie za cel upowszechnienie studiów wyższych – obok czteroletnich studiów inżynierskich i pięcioletnich magisterskich wprowadzono trzyletnie licencjaty. Nie to było powodem obniżenia poziomu nauczania, tylko w sicie egzaminacyjnym przepuszczające oczka stały się dużo większe. Jeśli więcej ludzi miało kończyć uczelnie, to wymagania musiały zostać znacząco obniżone. Coś za coś…
Drugim powodem było powstanie ogromnej liczby prywatnych, płatnych uczelni, które zaczęły konkurować między sobą o studenta. „Płacę, więc wymagam”… dyplomu, czasem bez zbytniego obciążania głowy męczącą nauką. Doszedł do tego kryzys demograficzny – podobne problemy zaczęła odczuwać część szkół średnich. Przy okazji ministerstwo oświaty kilka razy zreformowało nauczanie, likwidując zasadnicze szkoły zawodowe. Szkoły branżowe to już nie ten poziom nauki. Kiedyś kolega, uczący w technikum oraz (jeszcze wtedy) w zasadniczej szkole, stwierdził z przekąsem: „Teraz przepuszczam w technikum z takimi wiadomościami, z jakimi dawniej nie przepuściłbym w zawodówce. Inaczej znajdę się na dywaniku u dyrektora”.
O wielu uczelniach wyższych mógłbym to samo napisać, a nawet bardziej dosadnie. Zwłaszcza tych, których jedynym celem jest wypracowanie zysku. Płatne uczelnie… Dochodzi wtedy do takich wynaturzeń, jak ostatnio z Collegium Tuman… ups! – Humanum. Zapłacone kilka tysięcy złotych i już płatnik otrzymywał dyplom upoważniający do zasiadania w wysoce zyskownych spółkach Skarbu Państwa. Oczywiście, jeśli był też wysoko umocowany/miał znajomości (właściwe wybrać) w aktualnie rządzących władzach w państwie.
Pamiętam o filii Politechniki Szczecińskiej we Włocławku, funkcjonującej w latach 90., która przyjmowała na studia uczniów bez… matury. Ważne, że zapłacili czesne. Na grudziądzkim podwórku też zdarzały się podobne „kwiatki” – przez pewien czas na jednym z osiedli funkcjonowała wieczorowa szkoła średnia dla uczniów z… Górnego Śląska (z Rybnika, o ile dobrze pamiętam). Tak, niby przyjeżdżali stamtąd „się uczyć” do naszego nadwiślańskiego grodu. Widocznie mieli najbliżej. Ważne, że zapłacili za naukę. Na szczęście – jej już też nie ma. Obie „placówki oświatowe” zostały zlikwidowane po kontrolach ze strony władz oświatowych.
Ile jeszcze takich szkół-widmo funkcjonuje w Polsce? Ile jeszcze powstanie? „Biznes to biznes”.
Czy wcześniej nie było takich szkół, gdzie nie trzeba było zbytnio się wysilać, a dyplom się uzyskiwało? Też były, ale na zasadzie wyjątku, a nie dzisiejszej powszechności zjawiska. (O jednej takiej uczelni, zlikwidowanej w 1990 roku, napisałem w najnowszej książce, która niedługo się ukaże).
Co jest ważniejsze – powszechność wyższych studiów, które dość radykalnie obniżyły poziom nauczania, a czasem ich dyplom jest papierkiem uzyskanym li tylko „za pieniądze”? Czy też utrzymanie ich elitarności i wysokiego poziomu nauczania? Czy rozwój szkolnictwa mamy mierzyć ogromną liczbą „studentów”? Czy szkoły branżowe są lepsze od dawnych „zawodówek”?
Na to pytanie niech każdy sam sobie odpowie. Osobiście wolę, aby budowlaniec niekoniecznie miał nawet dyplom technika, byle znał dobrze swój fach.