
Zbyt szybko czyta się tę powieść, zbyt szybko toczą się losy jej bohaterki. Najnowsza książka Moniki Cieluch pt. „Szepty w popiołach jutra” to historia czterdziestoletniej Inki, która pewnego ważnego dla niej dnia decyduje się uciec od męża. Przez lata trwała tam w roli „żony-służącej” u boku egoistycznego typa.
Inka ucieka do miejsca, w którym czuła się bezpiecznie i dobrze – do rodzinnego Grudziądza. Wraca do przyjaciół, którzy ją kochają, pomimo dwudziestu lat rozłąki. Odnajduje tu wspomnienia dawnych wycieczek nad Wisłę, spacerów po Grudziądzkich uliczkach i na Górę Zamkową, smak miłych chwil spędzone we wsi Szynych. Na jej drodze staje również dawna miłość. Od tej chwili zaczyna się proces budowania innego, samodzielnego życia, pełnego uczuć i nowych wartości.
Książka Moniki Cieluch zaczyna się niczym u Hitchcocka – „od trzęsienia ziemi”, a właściwie od wielkiej burzy, która będzie o sobie przypominać przez całą lekturę. W odróżnieniu jednak od mistrza suspensu, w powieści Moniki Cieluch nie rośnie napięcie. Z każdą stroną jest coraz piękniej, a w świecie bohaterki pojawia się coraz więcej dobra i miłości.
Trzeba przyznać, że Monika Cieluch jest mistrzynią kreowania emocji. Jej powieść to doskonała propozycja nie tylko dla miłośników literatury obyczajowej, ale także romansów. Wielokrotnie w trakcie czytania odczuwamy to, co bohaterka: jej radość i wzniosłość, ale także bezradność oraz strach. Na pewno w oku nie raz zakręci się łza, choć równie często na twarzy pojawi się uśmiech. Każdy czytelnik lubiący tego typu emocje z pewnością odnajdzie w tej pozycji wiele wartości.
Dla mnie jednak ta książka ma nieco inny, bardziej realny wymiar. Jest ona bowiem oparta na prawdziwej historii osoby będącej ofiarą przemocy psychicznej, która ukrywa się pod pseudonimem „Inka”.
Kiedy ją czytałem, cały czas towarzyszyło mi przeczucie, że wszystko dzieje się za szybko. Problemy, z którymi bohaterka opuściła przemocowy związek, są zbyt wielkie, by ich rozwiązanie przebiegało w taki sposób. Autorka wielokrotnie zwraca uwagę, że w sytuacjach, w jakich znajduje się Inka, kluczowe znaczenie ma psychoterapia. Bohaterka idzie jednak za emocjami i uczuciami – jest jak liść, który z brudnej kałuży wpadł do czystego, rwącego strumienia.
Jest to historia o kobiecie, która mimo wszystko nie do końca sobą kieruje. Przez dwadzieścia lat była wykorzystywana przez psychopatycznego męża, a teraz wpada w nurt uczuć, emocji i decyzji innych ludzi. Jakkolwiek wydaje się, że buduje swoją nową tożsamość, podświadomie czujemy, że coś tu jest nie w porządku, że dzieje się to zbyt gwałtownie.
Czasami historia wydaje się zbyt „słodka” dla czytelnika mniej emocjonalnego. Jeśli jednak spojrzymy na tę słodycz z perspektywy bohaterki i jej uwikłania w dotychczasowe życie, to zgodzimy się na taką narrację, gdyż jest ona ważna w kontekście zakończenia.
Książka szybko zmierza do zaskakującego finału, „który wszystko zmienia”, stanowiąc klamrę domykającą całą opowieść – zdecydowanie warto do niego dotrzeć.
Powieść czyta się dobrze, nawet jeśli nie jest się miłośnikiem tego typu literatury. Autorka zna się na swoim fachu i potrafi zmylić czytelnika w jego domysłach. Całość jest bardzo zgrabna.
To książka o przemocy, manipulacji, braku zrozumienia i o uczuciach, na które każdy zasługuje, choć nie każdy je otrzymuje. Przede wszystkim jednak traktuje o przemocy psychicznej wynikającej z narzuconych społecznie ról, które w XXI wieku wydają się absurdalne, jeśli mają taki wymiar jak w powieści. Nie jest to prosty przepis na to, jak ze zniszczonej kobiety stworzyć osobę silną i samostanowiącą. To raczej opowieść o tym, jak zdanie się na los i emocje może prowadzić do kolejnych wyzwań.
Najważniejszym przesłaniem jest dla mnie to, że choć wsparcie i miłość innych są kluczowe, równie ważne jest wsparcie terapeutyczne. Nie można po prostu wyciągnąć „Inki” sprzed dwudziestu lat i wsadzić ją w umysł czterdziestoletniej kobiety. Tamta dwudziestolatka sobie nie poradziła, więc jakie są szanse, że współczesna Inka da radę? Powinna raczej zbudować siebie na nowo, na bardziej dojrzałych i świadomych zasadach, do czego potrzebni są zarówno przyjaciele, jak i terapeuci – tym bardziej, jeśli się ucieka. Inaczej zakończenie może być inne, niż ktokolwiek sobie wyobrażał.
Polecam tę książkę, to solidny kawałek literatury, mocne 7/10 w moim osobistym rankingu*
—
*10/10 mają „Chłopi” Władysława Reymonta