

„O, polska mowo! Ile cię trzeba cenić…”.
Nasz język (jak każdy inny, którym ludzie się nadal posługują) nie jest martwy, tylko żywy – a więc zmienia się wraz z mijającym czasem. Pojawiają się nieznane dotąd słowa (na początku są neologizmami, a więc „nowymi”), drugie przestają być używane, jeszcze inne zmieniają swoje znaczenie.
„Narodowy” język kształtował się przez stulecia. Początkowo samoistnie – poprzez wzajemne przejmowanie słów z tych plemion, które stopniowo tworzyły jeden naród. W czasach nam już bliskich – uczeni, specjaliści od zapisu i mowy, zaczęli narzucać, co jest poprawne, a co nie jest. Tak powstał „język literacki” w rozmowie i jego formie pisemnej. Uczniowie w szkole niezbyt są z tego zadowoleni, kiedy poloniści ich ”męczą” na lekcjach polskiego, ale ktoś musi kształtować i narzucać normy. Na ujednolicaniu zasad opiera się współczesna cywilizacja.
Takie twarde narzucanie, a zwłaszcza wywodzenie (etymologia) poprawności zapisu słowa z bardzo dawnego nazewnictwa, powoduje wiele błędów. Słowo tak samo wypowiadamy lub identycznie zapisujemy, a znaczą co innego. „Krzyk (wrzask) – „kszyk” (ptak); „lód – lut – lud” – są tego przykładami. Do tego dochodzi zapis typu „Pomorzanin” (dużą literą), ale mieszkaniec miasta „grudziądzanin” – już małą. Nasz język ma wiele pułapek, jest jednym z trudniejszych na świecie.
W minionych wiekach różne języki pełniły rolę „międzynarodowego komunikatora”. W średniowiecznej Europie była nim łacina – mimo że już „martwa”, spełniała swoją rolę. Do dzisiaj jest używana, zwłaszcza w zawodach medycznych i prawniczych; wielu z nas posługuje się zwrotami, które zakorzeniły się w kulturze. W okresie Oświecenia, w XVIII wieku, taką rolę przejął język francuski, a od przełomu XIX/XX wieku stał się nim język angielski, zwłaszcza w dziedzinie szeroko pojętej techniki i nauki.
Oprócz angielskiego i francuskiego twardo się trzyma (liczba ludzi się nim posługujących) język hiszpański, chiński i hindi, ale tylko w regionach, gdzie jest językiem ojczystym (w Ameryce Łacińskiej od czasów kolonizatorów hiszpańskich, w Afryce subsaharyjskiej – które były koloniami francuskimi).
W naszym języku, od czasów zaborów, przetrwało wiele germanizmów i rusycyzmów. Często nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, machinalnie go używając od dzieciństwa. U nas, w Grudziądzu, takim słowem jest „jo” – tak wrosło, że chyba częściej go używamy w rozmowach, niż polskiego „tak”.
Mimo powszechności nauczania „literackiego języka”, w wielu regionach Polski utrzymały się języki etniczne (dialekty, regionalne odmiany, gwary). Jako tradycja – najliczniejsze w użyciu są często pielęgnowane i nauczane dodatkowo w szkołach (od wielu lat kaszubski, a od 2025 roku również śląski).
Jak zaznaczyłem – zmienia się również znaczenie niektórych słów. Dawniej „kobieta” było miało negatywny wydźwięk, gdyż oznaczało niewiastę pracującą w „kobie” (chlewie). Dzisiaj jest neutralnym słowem. W drugą stronę – dawny frędzel przy akselbantach (sznurach oficerskich galowego munduru) i sznurze do zasłaniania kotar/zasłon – nazywano słowem, które dzisiaj jest wulgarne. Jakie? Proszę się domyślić. Podpowiedzią jest, iż używane było w „Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza.
Czasem eksperci starają się upraszczać zasady zapisu, aby zmniejszyć liczbę „wyjątków”, których mamy bardzo dużo. Rzadko się to udaje, gdyż napotykają silny opór innych filologów. Ostatnie, drobne zmiany w pisowni naszego języka nastąpiły 30 lat temu. Za kilka tygodni, od początku 2026 roku, zostają wprowadzane nowe. Dla nas chyba najważniejszą zmianą będzie ujednolicenie zapisu nazewnictwa mieszkańców (o którym wspomniałem na początku) – dużą literą zapisany będzie nie tylko „Pomorzanin” (od regionu, ziemi), ale i
„Grudziądzanin” (mieszkaniec miejscowości).
Napisałem „dużą literą” zamiast częściej używanego zwrotu „wielką literą”. Jestem zwolennikiem tezy profesora Jana Miodka, że słowo „wielka” ma dodatkowe, emocjonalne zabarwienie i powinno być stosowane tylko przy niektórych nazwach (np. Rzeczpospolita Polska, Ojczyzna). Jeszcze jedno – piszemy „dużą/wielką literą”, a nie, jak bardzo często ludzie używają: „z dużej/wielkiej litery” – gdyż jest to rusycyzm („s bolszoj bukwy”).
Na koniec fraszka-zagadka:
Młodego problem był taki –
czy iść po ślubie w prymaki.
Teścia kłopotał zaś problem –
czy wydać córkę przez kłodę.
Co znaczyło „pójść w prymaki” oraz „wydać przez kłodę”? Kogo zaciekawi, ten poszuka odpowiedzi.
„O, polska mowo! Ile cię trzeba cenić…”.
Nasz język (jak każdy inny, którym ludzie się nadal posługują) nie jest martwy, tylko żywy – a więc zmienia się wraz z mijającym czasem. Pojawiają się nieznane dotąd słowa (na początku są neologizmami, a więc „nowymi”), drugie przestają być używane, jeszcze inne zmieniają swoje znaczenie.
„Narodowy” język kształtował się przez stulecia. Początkowo samoistnie – poprzez wzajemne przejmowanie słów z tych plemion, które stopniowo tworzyły jeden naród. W czasach nam już bliskich – uczeni, specjaliści od zapisu i mowy, zaczęli narzucać, co jest poprawne, a co nie jest. Tak powstał „język literacki” w rozmowie i jego formie pisemnej. Uczniowie w szkole niezbyt są z tego zadowoleni, kiedy poloniści ich ”męczą” na lekcjach polskiego, ale ktoś musi kształtować i narzucać normy. Na ujednolicaniu zasad opiera się współczesna cywilizacja.
Takie twarde narzucanie, a zwłaszcza wywodzenie (etymologia) poprawności zapisu słowa z bardzo dawnego nazewnictwa, powoduje wiele błędów. Słowo tak samo wypowiadamy lub identycznie zapisujemy, a znaczą co innego. „Krzyk (wrzask) – „kszyk” (ptak); „lód – lut – lud” – są tego przykładami. Do tego dochodzi zapis typu „Pomorzanin” (dużą literą), ale mieszkaniec miasta „grudziądzanin” – już małą. Nasz język ma wiele pułapek, jest jednym z trudniejszych na świecie.
W minionych wiekach różne języki pełniły rolę „międzynarodowego komunikatora”. W średniowiecznej Europie była nim łacina – mimo że już „martwa”, spełniała swoją rolę. Do dzisiaj jest używana, zwłaszcza w zawodach medycznych i prawniczych; wielu z nas posługuje się zwrotami, które zakorzeniły się w kulturze. W okresie Oświecenia, w XVIII wieku, taką rolę przejął język francuski, a od przełomu XIX/XX wieku stał się nim język angielski, zwłaszcza w dziedzinie szeroko pojętej techniki i nauki.
Oprócz angielskiego i francuskiego twardo się trzyma (liczba ludzi się nim posługujących) język hiszpański, chiński i hindi, ale tylko w regionach, gdzie jest językiem ojczystym (w Ameryce Łacińskiej od czasów kolonizatorów hiszpańskich, w Afryce subsaharyjskiej – które były koloniami francuskimi).
W naszym języku, od czasów zaborów, przetrwało wiele germanizmów i rusycyzmów. Często nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, machinalnie go używając od dzieciństwa. U nas, w Grudziądzu, takim słowem jest „jo” – tak wrosło, że chyba częściej go używamy w rozmowach, niż polskiego „tak”.
Mimo powszechności nauczania „literackiego języka”, w wielu regionach Polski utrzymały się języki etniczne (dialekty, regionalne odmiany, gwary). Jako tradycja – najliczniejsze w użyciu są często pielęgnowane i nauczane dodatkowo w szkołach (od wielu lat kaszubski, a od 2025 roku również śląski).
Jak zaznaczyłem – zmienia się również znaczenie niektórych słów. Dawniej „kobieta” było miało negatywny wydźwięk, gdyż oznaczało niewiastę pracującą w „kobie” (chlewie). Dzisiaj jest neutralnym słowem. W drugą stronę – dawny frędzel przy akselbantach (sznurach oficerskich galowego munduru) i sznurze do zasłaniania kotar/zasłon – nazywano słowem, które dzisiaj jest wulgarne. Jakie? Proszę się domyślić. Podpowiedzią jest, iż używane było w „Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza.
Czasem eksperci starają się upraszczać zasady zapisu, aby zmniejszyć liczbę „wyjątków”, których mamy bardzo dużo. Rzadko się to udaje, gdyż napotykają silny opór innych filologów. Ostatnie, drobne zmiany w pisowni naszego języka nastąpiły 30 lat temu. Za kilka tygodni, od początku 2026 roku, zostają wprowadzane nowe. Dla nas chyba najważniejszą zmianą będzie ujednolicenie zapisu nazewnictwa mieszkańców (o którym wspomniałem na początku) – dużą literą zapisany będzie nie tylko „Pomorzanin” (od regionu, ziemi), ale i
„Grudziądzanin” (mieszkaniec miejscowości).
Napisałem „dużą literą” zamiast częściej używanego zwrotu „wielką literą”. Jestem zwolennikiem tezy profesora Jana Miodka, że słowo „wielka” ma dodatkowe, emocjonalne zabarwienie i powinno być stosowane tylko przy niektórych nazwach (np. Rzeczpospolita Polska, Ojczyzna). Jeszcze jedno – piszemy „dużą/wielką literą”, a nie, jak bardzo często ludzie używają: „z dużej/wielkiej litery” – gdyż jest to rusycyzm („s bolszoj bukwy”).
Na koniec fraszka-zagadka:
Młodego problem był taki –
czy iść po ślubie w prymaki.
Teścia kłopotał zaś problem –
czy wydać córkę przez kłodę.
Co znaczyło „pójść w prymaki” oraz „wydać przez kłodę”? Kogo zaciekawi, ten poszuka odpowiedzi.

