

Czas dojrzewania naszych dzieci i wynikające z tego pytania/problemy jest często trudnym okresem dla części rodziców. Mówić? Nie mówić? Jak mówić? O bocianie i kapuście już nie uwierzą, ale… prawdę powiedzieć? To przecież jeszcze nie dla nich! Za mali! Mali? Może już nie, ale może… może odczekam? Jutro im powiem…
I tak wszystko się odwleka, czasem, niestety, z przykrymi konsekwencjami nieznajomości biologii własnego ciała przez nasze dorastające dzieci. Wielu rodziców ma z tym problem. Jak z moją córką/synem o tym rozmawiać? Przecież to jeszcze dziecko! A jak zacznę mówić, to jeszcze niepotrzebnie rozbudzę… Po co przyspieszać? Jest jeszcze czas, niech podrośnie. Może za rok, lepiej dwa…
…a biologia człowieka nie daje się powstrzymać na ten rok czy dwa. Mieliśmy dziecko, a mamy już pannicę albo wyrostka. Hormony buzują. Jeszcze rok temu chłopcy nie dopuszczali dziewczynek do swoich zabaw, najwyżej pociągali je za długie włosy, uważając to za dobrą zabawę. A teraz… a teraz, już podrostki, nagle zauważają rosnące krągłości u koleżanek, które wywołują dziwne uderzenia gorąca i… no właśnie. Dochodzą sny, które tylko kłopoczą rodziców: „Jesteś jeszcze na to za mały. Później ci wytłumaczę”. Po nocy czasem wilgoć pojawia w piżamie i pościeli chłopców. „Tato, co mi się stało”? A tata buzię w ciup i „idź do mamy”. Mama zaś „lepiej niech ci tata wytłumaczy”… I tak trwa ping pong między rodzicami.
Czym się kończy? Wiedza od rówieśników z podwórka nie wystarcza, ale od czego jest internet? To już nie dawno minione czasy mojego dorastania i szczątkowe zdobywanie wiedzy, kiedy z rodzicami „o tych sprawach” się nie rozmawiało. Kiedy w ósmej klasie szkoły podstawowej na biologii miała być lekcja „o człowieku”, to nauczycielka stwierdziła, iż „mamy opóźnienia w tematach, a ten jest mało ważny, więc przechodzimy do następnych”. Ważniejsze były o rozmnażaniu pszczółek i przewodzie pokarmowym żaby, niż o człowieku.
Dzisiaj zaś, kiedy podrostek chce się dowiedzieć o seksualności, która w nim się rozbudziła, zapyta w internecie i… gdzie wejdzie? W ogromnej większości na strony pornograficzne. Nauczy się z nich czegoś? O miłości, wzajemnym szacunku, odpowiedzialności? Czy tylko to, co najpiękniejsze, zostanie odarte z nimbu, zbrukane? W jego głowie pozostanie tylko mechaniczna „technika”.
Kiedy sam stałem się ojcem, dobrze pamiętałem swoją „niedoinformowaną” młodość. Wraz z żoną nie mieliśmy więc tematów tabu przed latoroślą – prawdę o „rozmnażaniu człowieka” poznała jeszcze w okresie przedszkolnym. Była wtedy dostępna bardzo dobra książeczka dla dzieci, autorstwa Kozakiewicza, chyba o tytule „Ja i Ty”, którą uważnie przestudiowała… Wszystko przyjęła naturalnie, jak to dziecko. Dzięki temu mogła wyprowadzić z błędu moją ciotkę, która kiedyś próbowała jej wmówić, że „dzieci przynoszą bociany i zostawiają w kapuście”. „Ciociu, ty masz czworo dzieci i nie wiesz, jak się je robi? To nie tak, jak mówisz!
Ale nie martw się, ja ci zaraz wszystko wytłumaczę!” i pobiegła po książeczkę. To była scena, nie do wymyślenia!
Dzisiaj, mimo że wiktoriańska moralność, pełna fałszywości i hipokryzji, tak dobrze opisana przez Gabrielę Zapolską w „Moralności pani Dulskiej”, podobno miała zakończyć swój żywot pod koniec minionego wieku. jednak częściowo trwa nadal. Dalej „moraliści” chcą zawracać Wisłę kijem. Dla nich przekazanie dorastającej młodzieży wiedzy o naturze człowieka, a więc i jego rozmnażaniu, jest bardzo „be”. Szkodliwe, złe. Czy tu jest mowa o złodziejstwie, oszustwie, niedotrzymaniu słowa? A oni zrównują naturalną, podstawową wiedzę o biologii człowieka z tymi karalnymi, niegodnymi czynami.
Patrzę w kalendarz – mamy XXI wiek, a ci nawiedzeni lub cyniczni „moraliści” chcieliby przenieść zaskorupiałą mentalność z wieków ciemnych Europy do współczesności. Wiedza o biologii i seksualności człowieka, która jest tak potrzebna dorastającej młodzieży, aby chronić ją przed niepożądanymi skutkami nie tylko niechcianej ciąży, ale i „złego dotyku dorosłych” – jest naprawdę zła? Nie powinno się jej uczyć w szkołach?! Ilu rodziców jest przygotowanych i chętnych do rzetelnego przekazania tej wiedzy swoim dzieciom?
Takie zachowanie tych „mentalnych mumii ze średniowiecza” przypomina zachowanie strusia, który chowa w głowę piasek. Problem nie zniknie, tylko narasta.
Wierzę, że ich ciemne, wsteczne poglądy stopniowo znikną z publicznej dysputy. Znajdą się tam, gdzie ich miejsce – na śmietniku historii. Przyszła młodzież zaś będzie mogła dowiedzieć się od specjalistów w szkole – „o sobie” w czasie, kiedy ta wiedza jest już im potrzebna.
Czas dojrzewania naszych dzieci i wynikające z tego pytania/problemy jest często trudnym okresem dla części rodziców. Mówić? Nie mówić? Jak mówić? O bocianie i kapuście już nie uwierzą, ale… prawdę powiedzieć? To przecież jeszcze nie dla nich! Za mali! Mali? Może już nie, ale może… może odczekam? Jutro im powiem…
I tak wszystko się odwleka, czasem, niestety, z przykrymi konsekwencjami nieznajomości biologii własnego ciała przez nasze dorastające dzieci. Wielu rodziców ma z tym problem. Jak z moją córką/synem o tym rozmawiać? Przecież to jeszcze dziecko! A jak zacznę mówić, to jeszcze niepotrzebnie rozbudzę… Po co przyspieszać? Jest jeszcze czas, niech podrośnie. Może za rok, lepiej dwa…
…a biologia człowieka nie daje się powstrzymać na ten rok czy dwa. Mieliśmy dziecko, a mamy już pannicę albo wyrostka. Hormony buzują. Jeszcze rok temu chłopcy nie dopuszczali dziewczynek do swoich zabaw, najwyżej pociągali je za długie włosy, uważając to za dobrą zabawę. A teraz… a teraz, już podrostki, nagle zauważają rosnące krągłości u koleżanek, które wywołują dziwne uderzenia gorąca i… no właśnie. Dochodzą sny, które tylko kłopoczą rodziców: „Jesteś jeszcze na to za mały. Później ci wytłumaczę”. Po nocy czasem wilgoć pojawia w piżamie i pościeli chłopców. „Tato, co mi się stało”? A tata buzię w ciup i „idź do mamy”. Mama zaś „lepiej niech ci tata wytłumaczy”… I tak trwa ping pong między rodzicami.
Czym się kończy? Wiedza od rówieśników z podwórka nie wystarcza, ale od czego jest internet? To już nie dawno minione czasy mojego dorastania i szczątkowe zdobywanie wiedzy, kiedy z rodzicami „o tych sprawach” się nie rozmawiało. Kiedy w ósmej klasie szkoły podstawowej na biologii miała być lekcja „o człowieku”, to nauczycielka stwierdziła, iż „mamy opóźnienia w tematach, a ten jest mało ważny, więc przechodzimy do następnych”. Ważniejsze były o rozmnażaniu pszczółek i przewodzie pokarmowym żaby, niż o człowieku.
Dzisiaj zaś, kiedy podrostek chce się dowiedzieć o seksualności, która w nim się rozbudziła, zapyta w internecie i… gdzie wejdzie? W ogromnej większości na strony pornograficzne. Nauczy się z nich czegoś? O miłości, wzajemnym szacunku, odpowiedzialności? Czy tylko to, co najpiękniejsze, zostanie odarte z nimbu, zbrukane? W jego głowie pozostanie tylko mechaniczna „technika”.
Kiedy sam stałem się ojcem, dobrze pamiętałem swoją „niedoinformowaną” młodość. Wraz z żoną nie mieliśmy więc tematów tabu przed latoroślą – prawdę o „rozmnażaniu człowieka” poznała jeszcze w okresie przedszkolnym. Była wtedy dostępna bardzo dobra książeczka dla dzieci, autorstwa Kozakiewicza, chyba o tytule „Ja i Ty”, którą uważnie przestudiowała… Wszystko przyjęła naturalnie, jak to dziecko. Dzięki temu mogła wyprowadzić z błędu moją ciotkę, która kiedyś próbowała jej wmówić, że „dzieci przynoszą bociany i zostawiają w kapuście”. „Ciociu, ty masz czworo dzieci i nie wiesz, jak się je robi? To nie tak, jak mówisz!
Ale nie martw się, ja ci zaraz wszystko wytłumaczę!” i pobiegła po książeczkę. To była scena, nie do wymyślenia!
Dzisiaj, mimo że wiktoriańska moralność, pełna fałszywości i hipokryzji, tak dobrze opisana przez Gabrielę Zapolską w „Moralności pani Dulskiej”, podobno miała zakończyć swój żywot pod koniec minionego wieku. jednak częściowo trwa nadal. Dalej „moraliści” chcą zawracać Wisłę kijem. Dla nich przekazanie dorastającej młodzieży wiedzy o naturze człowieka, a więc i jego rozmnażaniu, jest bardzo „be”. Szkodliwe, złe. Czy tu jest mowa o złodziejstwie, oszustwie, niedotrzymaniu słowa? A oni zrównują naturalną, podstawową wiedzę o biologii człowieka z tymi karalnymi, niegodnymi czynami.
Patrzę w kalendarz – mamy XXI wiek, a ci nawiedzeni lub cyniczni „moraliści” chcieliby przenieść zaskorupiałą mentalność z wieków ciemnych Europy do współczesności. Wiedza o biologii i seksualności człowieka, która jest tak potrzebna dorastającej młodzieży, aby chronić ją przed niepożądanymi skutkami nie tylko niechcianej ciąży, ale i „złego dotyku dorosłych” – jest naprawdę zła? Nie powinno się jej uczyć w szkołach?! Ilu rodziców jest przygotowanych i chętnych do rzetelnego przekazania tej wiedzy swoim dzieciom?
Takie zachowanie tych „mentalnych mumii ze średniowiecza” przypomina zachowanie strusia, który chowa w głowę piasek. Problem nie zniknie, tylko narasta.
Wierzę, że ich ciemne, wsteczne poglądy stopniowo znikną z publicznej dysputy. Znajdą się tam, gdzie ich miejsce – na śmietniku historii. Przyszła młodzież zaś będzie mogła dowiedzieć się od specjalistów w szkole – „o sobie” w czasie, kiedy ta wiedza jest już im potrzebna.

