

Jeszcze od czasów prehistorii, kiedy w małych grupach pierwotnych ktoś zaczął rządzić, a inni go słuchali, nastąpiło rozwarstwienie w podziale dóbr. Okazało się, że są „równi i równiejsi”.
Ten nierówny podział dotyczył nie tylko dóbr materialnych, ale i, rzekłbym, cielesnych, chociaż mało duchowych. Samice u homo habilis, potem homo erectus, które stopniowo u homo sapiens sapiens zyskiwały subtelniejsze nazwy – poprzez niewiasty do współczesnych pań, kobiet, dam – nie zmieniały jednak swojej roli „zaprojektowanej” przez Matkę Naturę. Przez cały czas miały zapewniać przetrwanie gatunkowi. Dlatego Natura obdarzyła je odpowiednimi „wabikami”, a samcom (później zwanymi mężczyznami, facetami, panami)
przydzieliła testosteron, który, jak to niektóre panie mówią „zmusza ich do myślenia tylko o jednym”.
No i się zaczęło. Władcy mieli dużo łatwiejszy dostęp do ładnych dziewcząt, opłacony darami dla ich ojców albo wymuszony siłą – porywając je lub traktując jako zdobycz wojenną. Jednocześnie, dla usankcjonowania swojego władztwa, wchodzili w ścisłą komitywę z hierarchami ówcześnie panujących religii (nie ma się co zapierać – współcześnie dużo się nie zmieniło). Historia sojuszu tronu i ołtarza jest tak samo długa, jak dzieje człowieka.
Grupy panujące korzystały więc w nadmiarze z uciech cielesnych, tak wśród władzy świeckiej, jak i religijnej. W obawie przed co najmniej niechęcią (a nawet buntem) poddanych, ukrywali się z tym dość skutecznie. Zwykłym ludziom monarcha albo hierarcha kościelny był przedstawiany jako wzór cnót do naśladowania, chodząca moralność. Jeśli panującą była kobieta, też to działało. Powiedzenie „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie” nie wzięło się z powietrza, tylko z obserwacji rozziewu między naukami o cnotliwym życiu dla prostaczków a rzeczywistością dnia codziennego u bogaczy i władców.
Przykładów w prawdziwych biografiach monarchów jest mnóstwo. W Polsce nie było inaczej, nasi książęta i królowie „nie odstępowali od normy”. Tu trzeba wymienić chyba rekordzistę – Augusta II Mocnego – spłodził 300 (słownie trzysta) potomków z mnóstwem kobiet. Trzeba mu jednak oddać honor – nie wypierał się ojcostwa i dużą liczbę matek oraz dzieci hojnie uposażał (te, które uznał za swoje). Stać go było.
Czyngis chan spłodził około 2.000 dzieci. O władcach w świecie muzułmańskim, którzy posiadali oficjalne haremy, czy o kacykach w czarnej Afryce – nawet nie warto wspominać. Każdy z nich miał mnóstwo dzieci; ta wiedza jest od wieków powszechnie znana.
W czasach nam dużo bliższych też sobie władcy „dogadzali”, a władczynie „dogadzały”. Spośród najbardziej znanych wymienię Napoleona I Bonapartego, który miał mnóstwo kochanek, tak ze szlacheckich rodów, jak i „z plebsu”. Jego młodziutka druga żona, arcyksiężna austriacka Maria Ludwika, urodziła mu syna Napoleona II… krótko po tym, jak Polka Maria Walewska urodziła cesarzowi też jego syna – Aleksandra Colonna-Walewskiego.
Wspomniałem o władczyniach. Tu prym wiodą, chociaż z różnych powodów, dwie monarchinie. Caryca Katarzyna Wielka, oprócz „posiadania” wielu kochanków wysoko postawionych (w tym Stanisława Augusta Poniatowskiego, któremu umożliwiła później otrzymanie korony króla Polski; czy księcia Potiomkina) podobno utworzyła swój pułk przyboczny gwardzistów o bardzo wysokim wzroście głównie w jednym celu – co wieczór robiła jego przegląd, wybierając któregoś z nich. Jeśli dobrze się sprawił, mógł liczyć na hojne uposażenie. Jeśli nie, to podobno (co kiedyś skomentowałem limerykiem):
LEJBGWARDIA
Drągali brała Katarzyna,
bogatych w „to”, jak u Murzyna.
Który się w nocy wykazał,
w szampanie kąpać się kazał.
Słabemu jednak się urzyna.
Druga to imperatorowa Wielkiej Brytanii, królowa Wiktoria. Byłą bardzo kochliwa, ale, trzeba przyznać, w jednym czasie kochała tylko jednego mężczyznę (wpierw męża księcia Alberta, a dopiero po jego śmierci – osobistego koniuszego Johna Browna. Kiedy i ten nagle umarł, podobno w jej ramiona wpadł służący Hindus, Abdul Karim, znany jako „Munshi”). Czym się więc „zasłużyła”? Od jej imienia surową moralność na pokaz „dla poddanych” nazwano „wiktoriańską moralnością” – o tych dwóch kochankach nie wolno było mówić
publicznie (plotkować w zamkniętych kręgach dworskich – to co innego). Królowa była przykładem hipokryzji i obłudy (u nas tę obłudę opisała Gabriela Zapolska w „Moralności pani Dulskiej”). Też kiedyś skomentowałem w miniaturce:
ZGNILIZNA MORALNA
– Żadnej tolerancji! – Królowa uderzyła dłonią o oparcie tronu. – Jak mogliście do tego dopuścić?!
Minister zbladł.
– Wasza Królewska Mość, to było niedopatrzenie ze strony urzędnika. Poniósł już karę.
Ale… nad trzewikiem widać tylko kawałek nogi kobiety. Zresztą, nakład gazety z tym
zdjęciem już wycofałem.
– To była tylko kostka?! – Podniesiony głos władczyni wyrażał najgłębsze oburzenie. – Tu
nie chodzi o kostkę! Tu chodzi o mój naród! Aby nie popadł w zgniliznę moralną! Zaczyna
się od pokazania jednej kostki, a kończy na… – Wzięła oddech i dokończyła: – Ostatni raz!
Wstała i udała się do alkowy. Jak co wieczór czekał już na nią koniuszy John Brown…
Czy władcy kościelni byli inni? Kto chce, niech wierzy. Przykładów jest mnóstwo, na czele z papieżami z rodu Borgiów. Inny, Grzegorz XIII (po którym został nam kalendarz gregoriański, do dzisiaj używany) też był bardzo kochliwy. Znowu – trzeba przyznać, że kochał swoje dzieci, których matki z różnych państw włoskich urodziły mu kilkadziesiąt. Podobno corocznie, podczas jednego z dwóch najważniejszych świąt katolickich, gościł wszystkie wraz z potomstwem u siebie w pałacu watykańskim. Oficjalnie – ogłaszano maluczkim, że papież daje przykład możnym, aby też zapraszali na święto kościelne i obiad uboższych ze swoich posiadłości…
Natomiast o skłonnościach części „książąt kościoła” i niższych duchownych ku dzieciom oraz sobie wzajemnie – każdy z nas chyba słyszał. Dzisiaj już nie tak łatwo to ukryć.
Porównując minione czasy ze współczesnością… jak wypada? Trudno by było obecnie rządzącym, zwłaszcza w państwach demokratycznych, ukryć takie pozamałżeńskie związki.
Media są wścibskie. Chociaż różne słuchy chodzą – o Putinie, Kim Dzong Unie i im podobnych dyktatorach. Więcej słychać o związkach wśród celebrytów, aktorów i innych znanych ludziach… chociaż oni nie zawsze się nawet z tym kryją. Cóż, prawda czasu…
Jeszcze od czasów prehistorii, kiedy w małych grupach pierwotnych ktoś zaczął rządzić, a inni go słuchali, nastąpiło rozwarstwienie w podziale dóbr. Okazało się, że są „równi i równiejsi”.
Ten nierówny podział dotyczył nie tylko dóbr materialnych, ale i, rzekłbym, cielesnych, chociaż mało duchowych. Samice u homo habilis, potem homo erectus, które stopniowo u homo sapiens sapiens zyskiwały subtelniejsze nazwy – poprzez niewiasty do współczesnych pań, kobiet, dam – nie zmieniały jednak swojej roli „zaprojektowanej” przez Matkę Naturę. Przez cały czas miały zapewniać przetrwanie gatunkowi. Dlatego Natura obdarzyła je odpowiednimi „wabikami”, a samcom (później zwanymi mężczyznami, facetami, panami)
przydzieliła testosteron, który, jak to niektóre panie mówią „zmusza ich do myślenia tylko o jednym”.
No i się zaczęło. Władcy mieli dużo łatwiejszy dostęp do ładnych dziewcząt, opłacony darami dla ich ojców albo wymuszony siłą – porywając je lub traktując jako zdobycz wojenną. Jednocześnie, dla usankcjonowania swojego władztwa, wchodzili w ścisłą komitywę z hierarchami ówcześnie panujących religii (nie ma się co zapierać – współcześnie dużo się nie zmieniło). Historia sojuszu tronu i ołtarza jest tak samo długa, jak dzieje człowieka.
Grupy panujące korzystały więc w nadmiarze z uciech cielesnych, tak wśród władzy świeckiej, jak i religijnej. W obawie przed co najmniej niechęcią (a nawet buntem) poddanych, ukrywali się z tym dość skutecznie. Zwykłym ludziom monarcha albo hierarcha kościelny był przedstawiany jako wzór cnót do naśladowania, chodząca moralność. Jeśli panującą była kobieta, też to działało. Powiedzenie „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie” nie wzięło się z powietrza, tylko z obserwacji rozziewu między naukami o cnotliwym życiu dla prostaczków a rzeczywistością dnia codziennego u bogaczy i władców.
Przykładów w prawdziwych biografiach monarchów jest mnóstwo. W Polsce nie było inaczej, nasi książęta i królowie „nie odstępowali od normy”. Tu trzeba wymienić chyba rekordzistę – Augusta II Mocnego – spłodził 300 (słownie trzysta) potomków z mnóstwem kobiet. Trzeba mu jednak oddać honor – nie wypierał się ojcostwa i dużą liczbę matek oraz dzieci hojnie uposażał (te, które uznał za swoje). Stać go było.
Czyngis chan spłodził około 2.000 dzieci. O władcach w świecie muzułmańskim, którzy posiadali oficjalne haremy, czy o kacykach w czarnej Afryce – nawet nie warto wspominać. Każdy z nich miał mnóstwo dzieci; ta wiedza jest od wieków powszechnie znana.
W czasach nam dużo bliższych też sobie władcy „dogadzali”, a władczynie „dogadzały”. Spośród najbardziej znanych wymienię Napoleona I Bonapartego, który miał mnóstwo kochanek, tak ze szlacheckich rodów, jak i „z plebsu”. Jego młodziutka druga żona, arcyksiężna austriacka Maria Ludwika, urodziła mu syna Napoleona II… krótko po tym, jak Polka Maria Walewska urodziła cesarzowi też jego syna – Aleksandra Colonna-Walewskiego.
Wspomniałem o władczyniach. Tu prym wiodą, chociaż z różnych powodów, dwie monarchinie. Caryca Katarzyna Wielka, oprócz „posiadania” wielu kochanków wysoko postawionych (w tym Stanisława Augusta Poniatowskiego, któremu umożliwiła później otrzymanie korony króla Polski; czy księcia Potiomkina) podobno utworzyła swój pułk przyboczny gwardzistów o bardzo wysokim wzroście głównie w jednym celu – co wieczór robiła jego przegląd, wybierając któregoś z nich. Jeśli dobrze się sprawił, mógł liczyć na hojne uposażenie. Jeśli nie, to podobno (co kiedyś skomentowałem limerykiem):
LEJBGWARDIA
Drągali brała Katarzyna,
bogatych w „to”, jak u Murzyna.
Który się w nocy wykazał,
w szampanie kąpać się kazał.
Słabemu jednak się urzyna.
Druga to imperatorowa Wielkiej Brytanii, królowa Wiktoria. Byłą bardzo kochliwa, ale, trzeba przyznać, w jednym czasie kochała tylko jednego mężczyznę (wpierw męża księcia Alberta, a dopiero po jego śmierci – osobistego koniuszego Johna Browna. Kiedy i ten nagle umarł, podobno w jej ramiona wpadł służący Hindus, Abdul Karim, znany jako „Munshi”). Czym się więc „zasłużyła”? Od jej imienia surową moralność na pokaz „dla poddanych” nazwano „wiktoriańską moralnością” – o tych dwóch kochankach nie wolno było mówić
publicznie (plotkować w zamkniętych kręgach dworskich – to co innego). Królowa była przykładem hipokryzji i obłudy (u nas tę obłudę opisała Gabriela Zapolska w „Moralności pani Dulskiej”). Też kiedyś skomentowałem w miniaturce:
ZGNILIZNA MORALNA
– Żadnej tolerancji! – Królowa uderzyła dłonią o oparcie tronu. – Jak mogliście do tego dopuścić?!
Minister zbladł.
– Wasza Królewska Mość, to było niedopatrzenie ze strony urzędnika. Poniósł już karę.
Ale… nad trzewikiem widać tylko kawałek nogi kobiety. Zresztą, nakład gazety z tym
zdjęciem już wycofałem.
– To była tylko kostka?! – Podniesiony głos władczyni wyrażał najgłębsze oburzenie. – Tu
nie chodzi o kostkę! Tu chodzi o mój naród! Aby nie popadł w zgniliznę moralną! Zaczyna
się od pokazania jednej kostki, a kończy na… – Wzięła oddech i dokończyła: – Ostatni raz!
Wstała i udała się do alkowy. Jak co wieczór czekał już na nią koniuszy John Brown…
Czy władcy kościelni byli inni? Kto chce, niech wierzy. Przykładów jest mnóstwo, na czele z papieżami z rodu Borgiów. Inny, Grzegorz XIII (po którym został nam kalendarz gregoriański, do dzisiaj używany) też był bardzo kochliwy. Znowu – trzeba przyznać, że kochał swoje dzieci, których matki z różnych państw włoskich urodziły mu kilkadziesiąt. Podobno corocznie, podczas jednego z dwóch najważniejszych świąt katolickich, gościł wszystkie wraz z potomstwem u siebie w pałacu watykańskim. Oficjalnie – ogłaszano maluczkim, że papież daje przykład możnym, aby też zapraszali na święto kościelne i obiad uboższych ze swoich posiadłości…
Natomiast o skłonnościach części „książąt kościoła” i niższych duchownych ku dzieciom oraz sobie wzajemnie – każdy z nas chyba słyszał. Dzisiaj już nie tak łatwo to ukryć.
Porównując minione czasy ze współczesnością… jak wypada? Trudno by było obecnie rządzącym, zwłaszcza w państwach demokratycznych, ukryć takie pozamałżeńskie związki.
Media są wścibskie. Chociaż różne słuchy chodzą – o Putinie, Kim Dzong Unie i im podobnych dyktatorach. Więcej słychać o związkach wśród celebrytów, aktorów i innych znanych ludziach… chociaż oni nie zawsze się nawet z tym kryją. Cóż, prawda czasu…

