
Witajcie moi Drodzy!
Dzisiaj chciałbym Wam opowiedzieć o „Miasteczku Salem”, książce wyjątkowej w swojej prostocie. Bo można rzecz, że historie o wampirach są dość pospolitym motywem w kulturze. Protoplasta tej tematyki Bram Stoker napisał swoją epistolarną powieść pod tytułem „Dracula” już w 1897 roku.
Później mieliśmy do czynienia z takimi hitami jak „Zmierzch” czy genialne komiksy z Blade’m w roli głównej.
Ale wróćmy do Kinga. Wyobraźcie sobie mistrza grozy jedzącego kolację ze swoją żoną. W trakcie tego spotkania do głowy wpada mu pewien szalony pomysł. Zastanawiał się co by było, gdyby sceny z Draculi odbyły się w XX wieku. Ten pomysł zaangażował go do tego stopnia, że usiadł i napisał „Miasteczko Salem”.
W powieści poznajemy Bena Mears’a, pisarza, który powraca do miejsca gdzie spędził dość burzliwe dzieciństwo – Jerusalem. Podróż tą traktuje jako terapię, na którą decyduje się po wypadku, w którym zginęła jego żona.
Niechcący staje się świadkiem bardzo dziwnych wydarzeń. W miejscowości w niewyjaśnionych okolicznościach zaczynają znikać ludzie. Śmierć zagląda do spokojnych domów mieszkańców, a jej ofiarą padają nawet małe dzieci.
W Jerusalem czyha coś potwornego, a Ben zaczyna rozumieć, że będzie musiał stawić czoła koszmarowi, którego był świadkiem w dzieciństwie. Wraz z grupą sprzymierzeńców stawia czoło krwiożerczym bestiom, które nie spoczną póki okolicą nie zawładnie mrok.
„Miasteczko Salem” to genialna powieść osadzona, jak przystało na Kinga w jednej w miejscowości w stanie Maine. Autor wziął na warsztat historię o wampirach i nadał im na tamte czasy (1975) nowoczesnego klimatu. Powstała historia, która na każdej karcie mrozi krew w żyłach.
Pomimo początkowego, ospałego wstępu, w którym autor zapoznaje nas z sylwetkami głównych bohaterów, powieść nie daje się nudzić. Jak często wspominam, jest to pozycja „nieodkładalna”, duszna, miejscami klaustrofobiczna.
„Miasteczko Salem” to gratka dla fanów stylu Kinga, którzy lubią się bać w zaciszu własnego pokoju. Tutaj zło czai się za każdym zaułkiem, dlatego nie polecam czytać przy zgaszonym świetle…
Na duży plus zasługuje wydanie od Prószyński i S-ka, z projektem okładki od Dark Crayon.
Polecam gorąco.