

Kiedy skończyła się możliwość dodatkowego zarobku na tłoczni, rozglądałem się za nową pracą. Pomógł kolega z zakładu, z którym zgadało mi się przy zegarze odbijającym kartę pracy.
– Co? Nie chodzisz już na tłocznię? – Kazik włożył swoją kartę i pociągnął za dźwignię.
– Przestałem tam łazić. Z różnych powodów. Może i dobrze, zdrowszy będę. – Machnąłem lekceważąco ręką.
– Tak ci się poprawiło? W totka wygrałeś? To pożycz mi z tysiaka. W potrzebie jestem. – Zaśmiał się i wyciągnął rękę.
– Odwal się. Pożyczyć to ci mogę i to bez zwrotu. – Skrzywiłem się i potrząsnąłem pięścią przed jego nosem. – Sam mi pożycz. Też potrzebuję forsy.
– Dobra, dobra. – Pomachał dłońmi i odruchowo odsunął się w tył. – Nie bądź taki wyrywny. Ale u mnie w domu mieszka taki jeden. Nigdzie na stałe nie pracuje, ale gdzieś łazi i zarabia na flaszkę. Zagadnę go, to może i dla nas coś będzie.
– To i tak gadaj od razu, a nie pieprz jak potłuczony. Jakby co, daj znać.
* * *
Już następnego dnia przyniósł wiadomość.
– Rozmawiałem z tym moim sąsiadem i…
– No i co? – Wszedłem mu w słowo. – Jest robota? Jaka?
– Coś taki w gorącej wodzie kąpany? Daj fajkę.
Wyciągnąłem papierosy. Zapalił i zaciągnął się głęboko.
– Coś jest. Jak on potrzebuje trochę forsy, to chodzi do STW. To taka Spółdzielnia Transportu Wiejskiego. Rozwożą węgiel, cement i takie tam po jakichś geesach.
– Gminnych spółdzielniach – dorzuciłem.
– No właśnie. Jak jest robota, to podobno każdego biorą, kto chętny i przyjdzie. Żadnych badań i tym podobnych. Nie dają ubrań roboczych, trzeba mieć swoje stare ciuchy. Od razu do roboty i, co najlepsze, ile zrobisz, tyle wypłacają od razu do rączki. Ta praca jest na Rapackiego, zaraz za mleczarnią, więc mamy rzut kamieniem od roboty. Można tam zaglądać codziennie. Raz robota jest, raz nie ma. To co?
– W powszednie dni? – Pokręciłem głową. – Myślałem o wolnych sobotach czy niedzieli.
– Ale to nie tylko rano. Jasne, przecież pracujemy. Po południu też zbierają tam ekipy do roboty.
– O której? Robię do piętnastej.
Westchnął i podrapał się po głowie.
– No właśnie. Ten mój znajomek mówił, że na popołudnie to trzeba być o w pół do trzeciej, najpóźniej za kwadrans. Dyspozytor czeka i gdzie trzeba, to chętnych na samochód i wiozą do pracy. Ja mam na szóstą, więc żaden problem. Spróbuj, może ci szef pozwoli na wcześniejsze godziny.
– Kurde, korci mnie, forsa do ręki i idziesz robić, kiedy chcesz. Dobra, jutro się spytam mego szefa.
* * *.
Kierownik działu zaopatrzenia, w którym pracowałem, był ludzkim przełożonym. Nie stwarzał żadnych trudności – od razu zgodził się na moje wcześniejsze przychodzenie i wychodzenie z pracy. Dobry szef to jest skarb!
Kiedy tylko uzyskałem zgodę, wyrwałem się w przerwie śniadaniowej do działu pracy Kazika.
– Mam zgodę Kochańskiego. – Przywitałem się z nim. – To co, od jutra spróbujemy?
– Dobra. To jutro bierz wałówkę, zamiast obiadu. Nie zapomnij o ciuchach do roboty. Idziemy tam w ciemno.
Następnego dnia odbiłem kartę pracy już przed szóstą rano. Po czternastej, wraz z Kazikiem, udałem się do STW. Do parterowego budyneczku weszliśmy po kwadransie marszu. Wewnątrz, na ławeczkach siedziało pięciu jegomości; prawie wszyscy drobni z wyglądu i niezbyt zdrowi na twarzyczkach. Tylko jeden był większej postury. „Takie chuchra tu przychodzą do roboty? Do tego wyglądają na takich, co są często zmęczeni życiem. To i nam łatwo będzie, nie przemęczymy się” – przebiegło mi przez głowę.
– Cześć, panowie – zagadnąłem zdecydowanym tonem. – My do szefa, znaczy dyspozytora.
– Nowi? – odezwał się najbliższy z siedzących. – A panowie to na wojnie wyginęli – zarechotał przy wtórze pozostałych. Zlustrował nas wzrokiem. – Do szefa? Tam, w kanciapie. – Wskazał głową w głąb pomieszczenia.
– Dzięki. – Zrobiłem krok między dwoma rzędami siedzących. Rozmówca przytrzymał mnie za rękaw i już proszącym głosem dokończył:
– Macie może fajki, bo nam się skończyły.
Nie paliłem dużo, ale paczkę zawsze nosiłem przy sobie. To wyglądało na bardzo tanie wkupne, jeżeli mieliśmy z nimi pracować. Wyjąłem papierosy „Atut”.
– Jakieś mam. Częstujcie się.
Pięć rąk od razu wyciągnęło się w moją stronę. Najbliżej siedzący spojrzał i lekko się skrzywił.
– Nie macie normalnych? Sporty czy klubowe. Na takie to szkoda forsy, nic nie czuć.
W pierwszej chwili chciałem złośliwie skomentować, że sportów już nie ma w sprzedaży, tylko „Popularne”, ale się powstrzymałem. W końcu nie można wchodzić w zwady słowne na samym początku wspólnej pracy.
– Darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy. Ale jak nie chcecie… – Przymrużyłem oko i cofnąłem rękę wyciągniętą w stronę marudy. – Nie zmuszam. Będę mniej stratny.
Pozostali zarechotali.
– On nie musi, my chętnie. Na bezrybiu i atut ryba – filozoficznie stwierdził jeden z nich. Był z nich najdrobniejszy. Na ulicy nie pomyślałbym, że może pracować przy rozładunkach. – Tadeusz. Mów mi Tadzio. – Wyciągnął do mnie rękę.
– Zdzisiek a kolega Kazik. – Uścisnąłem mu dłoń i podałem paczkę atutów. Wyjął papierosa i poczęstował trójkę.
– Te, a ja? – Maruda głośno zaprotestował i wyciągnął rękę.
– Nie chciałeś. Lepsze wolisz. – Tadzio się zaśmiał i oddał mi pudełko.
– Jak cię pierdolnę… – Zamachnął się, ale drobny Tadzio był szybki. Zdążył odskoczyć w głąb korytarzyka.
– Dobra, fajek starczy. – Wyciągnąłem papierosy w stronę marudy. – Częstuj się.
Jak się zaczęło, tak szybko uspokoiło. Przywitaliśmy się po kolei z całą piątką, przedstawiając z imienia.
Schowałem papierosy.
– A szef jaki jest?
– Normalny. Właźcie. – Drobny Tadzio z lubością wypuścił kółko z dymu papierosowego i kiwnął głową w stronę pakamery.
Zapukałem w drzwi kantorka i weszliśmy do środka. Za starym, mocno podniszczonym biurkiem siedział tęgi mężczyzna w sile wieku.
– Dzień dobry. Byłaby też dla nas praca? Wraz z kolegą – wskazałem na Kazika – potrzebujemy dorobić. Tak od czasu do czasu, od piętnastej.
– Krucho w domu z forsą – ni to zapytał, ni to stwierdził. – Po południu? Pracujecie gdzieś na stałe?
– Tak, w Pomorskiej Odlewni i Emalierni. Tu, nad Wisłą.
– To macie blisko. Hmm… – Spojrzał uważnie, taksując wzrokiem postury. Na szczęście nie byliśmy ułomkami. – To ciężka praca i na akord. Rozładunek węgla, nawozów, wapna z samochodów czy wagonów. Wszystko, co przywiozą. I nie ma fajrantu, dopóki się nie skończy, czasem późno w nocy. Inaczej spółdzielnia płaci osiowe, za postój. Nie ma o tym mowy, za osiowe za wagony księgowa by mnie od razu powiesiła. I to za jaja. To jak?
Spojrzałem na Kazika. Potaknął głową.
– W porządku – potwierdziłem. – Roboty się nie boimy.
– No dobra. Ale jeszcze jedno. Tu nie ma stałej pracy ani stałej ekipy. U nas pracuje, kto chce. Przychodzą prawie tacy – wskazał głową na drzwi – co miejsca nigdzie nie zagrzeją. Potrzebują na flaszkę, to przychodzą. Raz są, raz ich nie ma. Ale nic nie gwarantuję – podniósł palec do góry – nie zawsze jest robota, albo czasem jest za dużo chętnych. Pierwszeństwo mają wtedy ci starzy. Czasem trzeba czekać do czwartej. Przedzwonią do mnie, to ładuję was do żuka i jedziecie. Tak samo wracacie. Nie przedzwonią, nie ma roboty. Więc?
– W porządku – powtórzyłem. – Tyle już się zorientowaliśmy. Możemy od zaraz, ubrania do roboty mamy. Słyszeliśmy, że pieniądze od razu dostaniemy po robocie?
– Najważniejsze, co? – Uśmiechnął się lekko. – Tak. Wypłatę dzieli się równo między ekipę. Lepiej nie obijajcie się, bo drugi raz nikt was nie weźmie a i coś możecie usłyszeć na odchodne. – Otworzył brulion. – To podajcie swoje nazwiska i czekajcie z innymi.
Siedliśmy na ławkach wraz ze starymi bywalcami. Oczekiwanie na pracę nie przeciągnęło się w czasie, chociaż, aby nie siedzieć w milczeniu jak kwoki w nocy na grzędzie, zdążyłem opowiedzieć im kilka dość frywolnych dykteryjek. Porechotali, poklepali mnie i kolegę po plecach. Pierwsze lody zostały przełamane, zwłaszcza że ponownie puściłem w obieg atuty.
Otworzyły się drzwi kantorka.
– Jest robota. Dla wszystkich. – Kiwnął głową w moim i Kazika kierunku. Dokończył: – Węgiel ze zwykłych wagonów w Mełnie. Wsiadajcie do żuka.
Pojechaliśmy całą siódemką. Na miejscu czekały dwa wagony. Po przebraniu w robocze ciuchy dostaliśmy duże szufle i zaczęła się robota. Nie było źle, wraz z Kazikiem nadążaliśmy w wyrzucaniu węgla za pozostałymi. Ukradkiem przyglądałem się im; w duchu musiałem przyznać, że postura nie świadczy o sile czy wytrzymałości człowieka. Oprócz jednego byli niezbyt wysocy i nie mieli postury ciężarowca. Przeciwnie, wyglądali na takich, których można przewrócić jednym palcem. Szuflowali jednak szybko i sprawnie; nawet po godzinie, kiedy odczuwałem już lekkie zmęczenie, po nich nie było widać żadnych oznak przemęczenia. „Noo, bym się pomylił, gdybym ich nie widział teraz przy robocie” – pomyślałem z uznaniem w duchu. Byli wprawieni; podpatrywałem ich technikę pracy i starałem się tak samo nosić węgiel do drzwi wagonu, a następnie wyrzucać poza torowisko.
Tadzio kilka razy rzucił na nas okiem. Przerwał szuflowanie i wziął ode mnie łopatę.
– Te, chłopaki. Siła to nie wszystko. Chcecie tu paść za godzinę? Nie będziemy za was robić. O, tak trza. I nie ściskajcie mocno łopaty. Delikatnie, jakbyście babę w tańcu macali. Nie, chłopy? – Odwrócił się do pozostałych, którzy zarechotali potakująco. – Chyba że chcecie mieć bąble. – Łaskawie nas douczył.
Przydała się porada Tadzia; opróżniliśmy już prawie pierwszy wagon a nadal nie odczuwałem bólu mięśni, mimo lekkiego zmęczenia.
Po kilku godzinach skończyliśmy robotę. Czułem, że fizycznie popracowałem, ale nie było tak źle. Najprzyjemniejszy moment nastąpił w chwilę później – do rączki wpadło kilka banknotów. Niedużo, ale nie narzekałem. To była żywa gotówka! Dodatkowa, który przyda się w domu, bez czekania na koniec miesiąca. „Pieniądze nie śmierdzą”, jak kiedyś rzekł cesarz Wespazjan3. Zwłaszcza pieniądze uczciwie zarobione. Chociaż cezar myślał o ściąganiu kasy z ludzi a ja sam musiałem ją zarobić, ale fakt jest faktem.
3/ łac. pecunia non olet – o opodatkowaniu moczu kupowanego przez farbiarzy z latryn publicznych w Rzymie, w I wieku n.e.
* * *
Wraz z Kazikiem zaczęliśmy chodzić dwa-trzy razy w tygodniu po pracy do STW. Czasem była robota, czasem, po godzinie daremnego oczekiwania, wracaliśmy do domu. Zdarzało się, że brakowało jej dla kilku oczekujących, w tym dla nas dwóch. Nie narzekałem, gdyż i tak wpływał miesięcznie dodatkowy zastrzyk gotówki. Starzy bywalcy, zwani „fachurami”, okazali się prostymi, ale porządnymi ludźmi. Po krótkim czasie zaakceptowali nas, byliśmy „już swoi”, mimo że w gronie kilkunastu ludzi byliśmy jedynymi, którzy pracowali również na etacie.
Tak, jak już domyślałem się w pierwszym dniu, wszyscy oni woleli brać tylko dorywczą robotę i otrzymywać od razu pieniążki do ręki. Przychodzili różnie, kiedy im się chciało. To chcenie było w większości nieodłącznie związane z potrzebą zaspokojenia pragnienia. Kiedy ich suszyło, zjawiali się, aby zarobić kilka złotych na zakup płynów. Nie byli wybredni – podstawowymi napojami były płyny winopodobne w butelkach mieszczących zero siedemdziesiąt pięć litra. Popularnie zwane były jot dwadzieścia trzy lub kloss, siarówa albo patykiem pisane. Nie nazwa miała znaczenie, tylko dostępność, taniość i procenty, z naciskiem na to ostatnie. Płynne procenty, a nie te za kapitał złożony w banku; nie dawali zarobić nawet socjalistycznym bankierom, nie wspominając o burżuazyjnych. Zresztą tych drugich w Polsce nie można było wtedy znaleźć, nawet szukając ze świecą. Dewizą kolegów z mojej nowej, dorywczej pracy było „trza wypić, co by się krew nie zwarzyła”. Po to żyli, to był ich sens istnienia.
Poza tym naprawdę byli w miarę w porządku. Przynajmniej nie kradli, a zarabiali uczciwie ciężką, fizyczną pracą. Nie przemycali też alkoholu do roboty i przychodzili trzeźwi. Jedynym ich zmartwieniem był czas końca rozładunku. Jeżeli zdążyliśmy wrócić przed zamknięciem niedaleko położonego od STW sklepu monopolowego, byli radośni jak skowronek w słoneczny poranek. Gorzej, kiedy praca się przeciągnęła. Niektórzy wtedy wracali markotni do domów, odstawiając uzupełnienie płynów „niezbędnie potrzebnych do życia” na nadchodzący poranek. Inni, ci bardziej spragnieni, znali mety, gdzie babcie pracowały dwadzieścia cztery godziny na dobę. „Głodnych nakarmić, spragnionych napoić” – to miłosierne hasło miało w ich przypadku trochę inne znaczenie i dotyczyło tylko drugiej części.
* * *
Minęło kilka miesięcy. Któregoś październikowego popołudnia siedzieliśmy na ławeczkach już ponad godzinę, w ośmiu chętnych chłopa. Dyspozytor poinformował, że transport się spóźnia, ale będzie praca. Wszyscy zostali; czas spędzaliśmy na pogawędkach, więc aż tak się nie dłużyło.
Wreszcie po dwóch godzinach oczekiwania zadzwonił telefon. Dyspozytor chwilę porozmawiał i wyszedł do nas.
– Jest amerykaniec. Jeden, z węglem. Kto jedzie?
Trochę się skrzywiłem. Ośmiu chłopa na jeden wagonik? Prawie żaden zarobek, i to po tak długim oczekiwaniu. Pewnie się nawet nie załapiemy, dzisiaj jest nas za dużo.
Fachurzy popatrzyli po sobie. Jeden z nich szeroko otworzył oczy, klepnął się w czoło i prawie krzyknął:
– Przecież dzisiaj czwartek! Szefie – zwrócił się do dyspozytora – dzisiaj nie możemy. Kompletnie zapomnieliśmy. Kolega zaprosił nas na urodziny. A okrągłe ma. Musimy iść.
Dyspozytor skrzywił się i zgryźliwie stwierdził:
– Co, nagle wam się przypomniało? Akurat teraz?
– Szefie, na śmierć zapomnieliśmy! – Podniósł się i, kierując już kroki w stronę drzwi, dorzucił przez ramię: – Przecież nie możemy kumpla zawieść. Mówiliśmy, że przyjdziemy. Honorni jesteśmy.
– Taa, od razu żeście tacy honorni.
– Szefie, szef nas zna. – Położył rękę na sercu. – Jak bum cyk cyk. To ważniejsze zarobku.
Wstał i wyszedł z budyneczku, a pozostała piątka fachurów podniosła się jak na komendę i pojedynczo udała za nim. Jedynie ostatni odwrócił się w drzwiach i rzucił do nas na odchodne:
– Do zobaczenia, chłopaki. Więcej dzisiaj zarobicie.
Czy mi się zdawało, że lekko skrzywił usta? Uśmiechnął się? Nie wiedziałem, co to miało znaczyć. Spojrzałem na dyspozytora, który popatrzył za nimi, wyciągnął rękę, jakby chciał ich zatrzymać, ale tylko nią machnął i wycedził:
– A niech ich… Kurr… – Przerwał, wciągnął głęboko powietrze i zwrócił się do nas: – To co, panowie, bierzecie robotę? Na was dwóch to ładny pieniądz wyjdzie. Jak nie, będę musiał podzwonić i szukać innych.
Czy mi się zdawało, że wyczułem nutę obawy w jego głosie? „At, zawsze coś mi się wydaje. A zarobek może być dziś bardzo dobry, wart trzech wieczorów. Jeden wagon, jak zwykle pewnie dwadzieścia cztery tony. Zdążymy bez pośpiechu w trzy, może cztery godziny”. Spojrzałem na kolegę:
– Kazik? Ja bym wziął. Więcej roboty, ale i dużo więcej forsy.
– Bierzemy. – Szeroko się uśmiechnął i kiwnął głową. – Po tośmy przyszli. Będziemy tylko później na kolacji w domu i wsio, a zarobek większy.
Dyspozytor też się uśmiechnął i uderzył pięścią w otwartą dłoń.
– No to dzisiaj zarobicie. Ale musicie skończyć. Od rana osiowe by poleciało. Tyle że będę musiał zapłacić niepotrzebnie kierowcy żuka, bo nie wiadomo, kiedy skończycie. Gdzie mieszkacie?
– A to w Grudziądzu?
– Nad Wisłą, przy Placu.
– To możemy sami wrócić, mamy niedaleko, po kwadransie w domu. Nie, Kazik? – Kolega potwierdzająco kiwnął głową. Postanowiłem wykorzystać okazję. Może się uda? – Dołoży nam wtedy szef z tego, co dla kierowcy?
Zawahał się, ale kiwnął głową.
– Dołożę. Skończycie przed osiowym, to dostaniecie jeszcze dziesięć procent premii. Rzadko, ale czasem mogę. Przedzwonię do magazyniera nad Wisłę, aby tyle wypłacił. A teraz ładujcie się już do żuka, szkoda czasu.
– Przed osiowym?! – Uśmiechnąłem się, lekko zdziwiony. – Odpoczniemy w domu. Na późniejszą kolację zdążymy.
Uniósł brwi, ale machnął ręką i dokończył:
– Może tak, może troszkę później. Od was zależy. Ładujcie się.
Podał nam rękę i wrócił do pakamery. Kazik spojrzał na mnie, ja też byłem jego gestem lekko zdziwiony. „Co on nagle taki towarzyski się zrobił? Nigdy nie wyciągał ręki, a dzisiaj ją podaje? – przeleciała mi przez głowę myśl. – Ale fakt, nie musi już teraz wydzwaniać po innych dyspozytorach i szukać ekipy do roboty”.
– Dobra, idziemy Kazik. Szkoda czasu.
Weszliśmy do furgonu i w pięć minut kierowca dowiózł nas na, znane nam już wcześniej, składowisko węgla nad Wisłą. Po przywitaniu ze znajomym magazynierem zaczęliśmy przebierać się w ubrania do pracy. Zagadnął:
– Dyspozytor dzwonił, że będzie tylko dwóch. Cholernie mało. Dacie sami radę? Do amerykańca przeważnie sześciu dawał. Nie było więcej?
– Byli – odparłem, wzuwając buty. – Ale przypomnieli sobie o urodzinach kolegi i zrezygnowali. Poradzimy sobie we dwóch. I obiecane mamy dziesięć procent premii. Powiedział?
– Powiedział. Jak zdąążyycie… – rozciągnął ostatnie słowo.
– Co nie mamy zdążyć. Nie? – rzuciłem w stronę Kazika. – A forsy więcej.
– Czy to pierwszy raz? – potwierdził. – W czterech wagon robiliśmy, to i w dwóch damy radę. – Wziął dwie szufle i podał mi jedną: – Trzymaj. Możemy iść. Który to wagon, szefie?
– Chodźcie. Pokażę. Stoi tam tylko jeden.
Wyszliśmy na torowisko. Kiedy zobaczyłem wagon, lekko zdębiałem. Kolega, sądząc z jego nieartykułowanego okrzyku, również. Wydukałem:
– To…o, to jest ten wagon?!
– A jaki? – Teraz magazynier się zdziwił. – Przecież amerykan. Pierwszy raz go widzicie, czy co?
– No pierwszy. Myśleliśmy, że…
– Że to jak nasz, na dwadzieścia cztery tony? U Amerykańców jak u Ruskich, wszystko bolsze. Dlatego się zdziwiłem, że was tylko dwóch. A inni, jak ich znam, się wykpili a nie żadne urodziny. Tu się trzeba trochę nachodzić przy robocie. – Klepnął mnie po ramieniu. – Ale jak zrobicie, to taką wypłatę nie wiadomo czy jeszcze kiedyś na raz zarobicie.
Dopiero teraz przypomniałem sobie, że na samym początku naszej pracy któryś z fachurów wspomniał w pogawędce przy posiłku, że unika „Amerykanów”. Jakby ich dużo w Polsce widział… Sam nie widziałem w życiu ani jednego. Właśnie – żywego. Nie lubi ich, to jego sprawa. Zasłyszałem jednym uchem, drugim wyleciało; przez głowę mi nie przeszło, że może chodzić o wagon.
Amerykaniec prezentował się naprawdę imponująco, zwłaszcza całkiem z bliska. Przed nami stało ogromniaste, żelazne pudło, posadowione aż na ośmiu kołach a nie czterech, jak normalne wagony. Wyższe, szersze i dłuższe od zwykłych, znanych nam węglarek. Dużo dłuższe. Miało też aż po dwoje szerokich drzwi z obu stron wagonu. Nagle poczułem się malutki wobec tego kolosa.
Spojrzałem na Kazika. Stał nieruchomo i gapił się z otwartą buzią, na podobieństwo zastygłej żony Lota. Przełknąłem ślinę i zapytałem:
– Panie magazynier, ile to to bierze?
– Ton? Jak zwykle, sześćdziesiąt cztery.
Sześćdziesiąt cztery! Ponad dwa i pół raza więcej niż nasz, normalny wagon. Od razu mi pojaśniało w głowie. Magazynier miał rację, że starzy fachowcy od łopaty się wykpili. Robić robili, ale…
– Bierzcie się do roboty, bo ranek was zastanie i po premii. – Z oszołomienia wyrwał mnie głos magazyniera. – Tylko dalej rzucajcie od szyn. Zawalicie je, będziecie odsypywać. Idę do domu. Wrócę o pierwszej, wcześniej i tak nie zdążycie.
Odwrócił się i odszedł. Popatrzyliśmy po sobie. „Jasny gwint! Aleśmy dali się wrobić – przemknęło mi przez głowę. – We dwóch do takiego kolosa. Za ludowe Chiny nie skończymy do północy. Tu trzeba się sprężać, aby koło pierwszej skończyć”.
Nie było co dłużej deliberować. Westchnąłem głęboko:
– Dawaj, Kazik. Nie ma co stać. Inaczej prosto stąd ledwie zdążymy do pracy na szóstą. Dobrze, że jest pod nosem.
Otworzyliśmy zasuwy pierwszych drzwi i z wysiłkiem zaczęliśmy je otwierać. Były cholernie ciężkie i poddawały się z wielkim oporem, zgrzytając jak stary tramwaj na zakręcie torowiska. W miarę, jak je rozchylaliśmy, na tory zaczął się wysypywać drobny, węglowy grys. „Tu ciągnik by się przydał do drzwi, a nie ledwie dwóch chłopów” – przemknęło mi przez głowę.
Po dłuższej mitrędze otworzyliśmy je wreszcie do końca. Spojrzałem w górę. Kazik aż się za głowę złapał:
– Zdzisiek, toż ta góra ogromna jak piramida Cheopsa! W życiu tego nie zrobimy!
– Dobra, nie gadaj tyle. Musisz, cholera, jeszcze komentować?! Daliśmy się za psa, to szczekamy. – Ogarnęły mnie te same obawy, ale wolałem nie dołować kolegi jeszcze bardziej. – Za gadanie nam nie zapłacą. Dawaj na tę górę.
Wspiąłem się pierwszy po usuwającym spod nóg grysie i podciągnąłem Kazika. „Popluć w dłonie i szable… szufle w dłoń”!
Początki okazały się jednak nie takie złe, jak myślałem. Sił na początku mieliśmy dosyć, szufle były duże, drobny węgiel przy drzwiach sięgał do połowy wysokości bocznych ścian wagonu. Na początku węgiel zsuwaliśmy łopatami; później wystarczyło dobrze nabrać grysu, odwrócić się i z zamachem sypnąć na plac. Po kwadransie zrobiło nam się już ciepło, zrzuciliśmy więc wierzchnie ubrania, pozostając tylko w koszulach. Październikowy dzień był dość chłodny, ale robota rozgrzewała. „I raz! I dwa! I trzy”! Szło nam dużo lepiej niż w moich obawach na początku, kiedy zobaczyłem to ogromne pudło.
Po godzinie zrobiliśmy krótką przerwę, ale już dość dużo było oczyszczone przy drzwiach. Uspokoiłem się; wyglądało, że diabeł… nawet amerykański nie jest taki straszny, jak go odmalowałem w wyobraźni. „Czego ci niby fachowcy od szuflowania tak się zmyli? Zwykła robota, gdzie te trudy niewarte zarobku?”.
– Dobra, nie jest źle, dawaj Kazik, złazimy na dół. W tym tempie może wyrobimy się nawet przed północą.
Przy wrotach wagonu szło nam jeszcze lepiej. Co ruszyliśmy węgiel od spodu, to z góry grys sam się zsuwał w pobliże drzwi; nie musieliśmy chodzić, wystarczyło tylko się odwrócić, machnąć i wyrzucić na zewnątrz.
Po następnej godzinie zaczęło ciemnieć na dworze, zapaliły się lampy na słupach. Jednak nie było już tak lekko – zacząłem odczuwać lekkie zmęczenie w mięśniach; do tego węgiel przestał sam się zsuwać z góry. Rozpoczęliśmy chodzenie. Krok do przodu, nabranie węgla, obrót, krok w stronę drzwi, wymach szuflą, obrót, krok do przodu, nabranie węgla… Po następnej półgodzinie musieliśmy robić dwa kroki na jedną operację. Po kolejnej już trzy. Samo noszenie było dużo cięższe niż machanie łopatą. Do tego przez te spacery wydajność pracy spadła nam o dobre dwie trzecie.
Musiałem przyznać w duchu, że jednak kumple, którzy się zmyli, byli doświadczeni w tej robocie; wiedzieli, kiedy przypomnieć sobie o urodzinach kolegi. To już nie było to, co jeszcze godzinę temu. Coraz ciężej było nosić, coraz wolniej ubywało węgla. W zwykłych wagonach, które poprzednio rozładowywaliśmy, nie było prawie takich wędrówek. „Kurde, jednak daliśmy się za psy, to teraz szczekamy” – ponownie cicho mruknąłem sam do siebie po kolejnym spacerze z pełną grysu szuflą.
– Zdzichu, odsapnijmy. – Kazik oparł się ciężko o łopatę. – Muszę odpocząć.
Też głęboko odetchnąłem i zrobiłem kilka skłonów. Trochę pomogło. Odczekałem jeszcze minutę, aż współtowarzysz pracy zaczął normalnie oddychać. Wyciągnąłem z kieszeni zegarek.
– Dobra, odrzućmy jeszcze tylko spod tej ściany i za kwadrans zrobimy przerwę. Co?
Zrobił kwaśną minę, ale kiwnął głową. Chwyciłem za łopatę i wbiłem w grys.
– Cześć, chłopaki! Jak wam idzie? – Doszedł do nas w tym samym momencie zachrypnięty, znajomy głos.
Wyjrzałem przez drzwi. To był Tadzio. Ten drobny Tadzio, który przy pierwszym spotkaniu, bez wybrzydzania, poczęstował siebie i innych moimi fajkami.
Oparłem się na szufli i przetarłem rękawem czoło.
– Cześć. Co tu robisz? Nie zbłądziłeś? – dodałem zgryźliwie. – Przecież miałeś być z innymi na urodzinach kolegi.
Podrapał się po rzadkich włosach. Spojrzał na mnie z ukosa i westchnął:
– Aa, nie. Nie poszłem. Wypadło mi coś.
– Coś dzisiaj wam wszystkim wypadło. Tobie aż dwukrotnie. Wpierw urodziny kumpla, a teraz znów coś. I jakim cudem tu się znalazłeś?
– Noo… przyszłem – przestąpił z nogi na nogę – przyszłem zobaczyć, jak wam idzie.
– No proszę, jakiś opiekuńczy. – Kazik sypnął węglem blisko niego, aż Tadzio odskoczył. – Wrobiliście nas w amerykańca, a sami spieprzyliście. Będziemy tu przez was siedzieć do nocy.
– No, tak trochę. Ale, chłopaki…
– Dobra, mów, co cię przywiało. Robotę mamy. – Zniecierpliwiłem się. – Na flaszkę zbierasz, czy co?
– No, tak jakby. Suszy mnie dzisiaj.
– Trzeba było przyjść do roboty. Za darmo nic nie ma. – Odwróciłem się do Kazika. – Dawaj, zasuwamy.
– Chłopaki, a dacie porobić? Za flaszkę? Odpoczniecie sobie.
Popatrzyłem pytająco na kolegę. Machnął ręką.
– Daj mu, i tak za chwilę chcieliśmy. Niech poszufluje, jak go tak napaliło.
– Tadzio, dobra, dostaniesz, ale – uniosłem palec w górę – nie na czystą perlistą, tylko na jot dwadzieścia trzy. Jak chcesz.
– Jasne, dzięki – uśmiechnął się szeroko, zdejmując lichą kurteczkę – klos mi wystarczy.
Złapał za uchwyt i podciągnął się do wagonu. Chwycił moją łopatę i zaczął od razu szuflować. Usiedliśmy z Kazikiem pod ścianą na wolnym już od węgla kawałku podłogi. Widziałem kilka razy Tadzia przy robocie, ale teraz mogłem go poobserwować, samemu nie będąc zajęty pracą. Był naprawdę specjalistą w swoim fachu. Kto by go zobaczył pierwszy raz, nie pomyślałby, że taki mikrus, takie chuchro potrafi przy ciężkiej, fizycznej robocie pracować szybko i bez widocznego wysiłku. Przy szufli wyglądał jak dziecko. Było to jednak żylaste i umięśnione dziecko, wprawione przez lata takiej pracy. Jedno mnie zastanawiało – kiedy z nim wcześniej pracowaliśmy, prawie nigdy nie jadł w przerwach, tylko pił herbatę; najwyżej ugryzł dwa-trzy kęsy kanapki i resztę zawijał z powrotem. „Skąd w nim tyle siły i wytrzymałości? Do tego przecież za kołnierz nie wylewa”.
Na wspomnienie o kanapce od razu poczułem się głodny i wyciągnąłem swoje jedzenie. Przestałem marnować chwilę odpoczynku na niepotrzebne deliberacje o tym, jak można się mylić, sądząc po samym wyglądzie. Tadzio w tym czasie pracował bez chwili wytchnienia. „Porządnie zarabia na klossa, nie ma dwóch zdań” – pomyślałem z uznaniem.
Spojrzałem na zegarek – minął ponad kwadrans naszego odpoczynku. „No dobra, zarobił swoje, a my odetchnęliśmy”.
– Starczy, Tadzio. – Podniosłem się z podłogi i sięgnąłem do kieszeni, gdzie zawsze przekładałem pieniądze z wyjściowych spodni do roboczych. – Zarobiłeś swoje. Masz na klossa i jeszcze na fajki. Pruj.
Radość rozświetliła jego chudą twarzyczkę. Otrzepał się pobieżnie z pyłu węglowego, chwycił swoją wypłatę, wrzucił na siebie kurtkę i zeskoczył z wagonu.
– Dzięki, chłopaki! Lecę, bo mi sklep zamkną!
– Trzymaj się, trzymaj. Tylko nie wypij na raz – odkrzyknąłem i chwyciłem za szuflę. „Taa, nie wypije na raz. Jakbym ich nie znał” – przemknęło mi przez głowę.
Odpoczynek nam się przydał. Lżej już chodziłem te trzy kroki do węgla i z powrotem do drzwi wagonu. Po kolejnej godzinie dotarliśmy do drugich drzwi. Robota znowu poszła szybciej; nie musieliśmy chodzić z węglem, wystarczyło tylko machać szuflą.
Około północy zaczęła kropić nieprzyjemna mżawka i wyraźnie się ochłodziło. Grys też stawał się coraz cięższy od wilgoci. Nie przerywaliśmy jednak pracy; wyraźnie było już widać w naszej robocie „światełko na końcu tunelu”. Był też drugi pozytyw – przestało nam kurzyć pyłem węglowym.
– No, jak tam, panowie? – znowu doszedł nas z zewnątrz głos, tym razem magazyniera.
Spojrzałem na zegarek. Punktualny był, właśnie minęła pierwsza w nocy. Rzuciłem wzrokiem na pozostałą część węgla w wagonie.
– W porządku. – Otarłem czoło rękawem koszuli. – Niedużo zostało. Jeszcze z godzinka i będziemy kończyć.
– Dorzućcie godzinę czy półtorej. Przez was będę miał całą noc zarwaną.
– Nie, myślę że w godzinę kończymy.
– Tak? No to popatrzcie na zewnątrz.
Wyglądnąłem razem z Kazikiem. Nie zrozumiałem, czego chce magazynier. Spojrzałem na kolegę; on też wzruszył ramionami. „O co mu chodzi”?
– Co, nie widzicie? To zeskoczcie i popatrzcie. – Wyciągnął papierosa i zapalił.
Bardziej zjechałem po górce węgla niż zszedłem. Odwróciłem się i „o, cholera!”. Mimo że staraliśmy się dość daleko rzucać węgiel, jednak przy torze urósł zwał z tego, który na początku sam zsunął się z wagonu, a i my swoje dołożyliśmy. „Sacrebleu! Nic nie poradzimy, takiej roboty nam nie odbierze. Trzeba będzie na koniec odsypać” – zmełłem w ustach przekleństwo.
Magazynier popatrzył na swój zegarek. Westchnął:
– Idę pokimać w kanciapie. – Ruszył w stronę budyneczku i na odchodne dorzucił: – Jak skończycie, to mnie obudźcie.
Kurza twarz! A już myśleliśmy, że powoli kończymy…
Nie było co się zastanawiać. Ponownie chwyciliśmy za łopaty, starając się rzucać węgiel dalej, za narosły przy drzwiach zwał. Znowu spowolniło to nam pracę; mięśnie nie dokuczały mi zbytnio, ale krzyż wyraźnie żądał odpoczynku. Nie wdawałem się jednak z nim w niepotrzebną dyskusję. „Ty wiesz swoje, ja swoje. Czas goni”.
Nie robiliśmy już przerw na odpoczynek.
– Jedziem, Kazik, jedziem – ponaglałem kolegę, kiedy próbował odpocząć. – Inaczej prosto stąd do pracy pójdziemy. Jeszcze trochę. – Starałem się go podtrzymać na duchu. Wyraźnie słabł, już nie rzucał tak daleko węgla. Na szczęście deszczyk przestał rosić i przynajmniej to nam ulżyło; nie musiałem przecierać co chwila oczu.
Kiedy wreszcie cały amerykaniec został opróżniony i wyczyściliśmy jego narożniki, wyrzuciłem szuflę na zewnątrz. „Koniec”!
Wyprostowałem powoli bolący kręgosłup, zrobiłem kilka skłonów na boki i do przodu, zrobiłem parę głębokich wdechów. Trochę ulżyło. Spojrzałem na zegarek – dochodziło wpół do trzeciej. Kazik stał pochylony, opierając się na łopacie. Gdybym stwierdził, że wygląda na wypoczętego, popełniłbym grubą pomyłkę, ale po kilkunastu sekundach też się wyprostował i przestał głęboko łapać powietrze. Nawet lekki uśmiech pojawił się na jego czarnej od pyłu węglowego twarzy.
– Zdzichu, daliśmy radę. A już myślałem, że rzucę to i pójdę w diabły.
– Daliśmy. Też miałem już dosyć. Grabula. – Wyciągnąłem do niego rękę.
Ciężko zeskoczyliśmy z wagonu i… „o cholera!”. Przed oboma drzwiami zostały zwały węgla, który zsunął się na tory. Spojrzeliśmy na siebie. Kazik otworzył usta, ale nic nie powiedział i siadł, zrezygnowany, na grysie.
– Jasnyy… Przecież magazynier mówił. – Chwyciłem za łopatę. – Dobra, jeszcze troszkę, Kazik. Wytrzymasz.
Machnął zrezygnowany ręką i też podniósł swoją.
Myślałem, że najgorsze za nami, a właśnie ta ostatnia godzina była najcięższa. Teraz już wszystko zaczęło mnie pobolewać; Kazik wyglądał, jakby pracował już tylko rękawami.
Ostatkiem sił, z bolącymi i stężałymi mięśniami, dokończyliśmy dzieła przed godziną czwartą w nocy. Szyna na całej długości była oczyszczona.
– Kazik, szlus!
– Byle magazynier jeszcze czego nie znalazł…
– Wypluj te słowa! – Aż mnie zmroziło. Pogroziłem mu pięścią. – Budzimy śpiocha.
Wystarczyło lekkie potrząśnięcie za ramię i magazynier uchylił lewą powiekę.
– No i jak? – Ziewnął głęboko, usiadł na leżance i poklepał się po policzkach dla dobudzenia. – Która to? Prawie czwarta. Nie mówiłem? No dobra, idziemy zobaczyć. A węgiel spod kół?
– Kurr…! Usunęliśmy. Jakżeby inaczej.
– Jak usunięty, to dobrze. Ale muszę sprawdzić.
W pół minuty byliśmy przy wagonie. Lekko się denerwowałem. „Uzna czy każe poprawiać ?” – ta myśl brzęczała w mózgownicy jak natrętna mucha.
Magazynier poświecił latarką, zajrzał pod koła. Lekko pokręcił głową, ale wreszcie machnął ręką. Odetchnąłem z ulgą.
– No dobra, niech będzie. Wagon wyciągną. Niezbyt wierzyłem, że poradzicie sobie z amerykańcem do rana. Chodźcie po wypłatę.
W pakamerze, po zrzuceniu z siebie mokrych i czarnych od pyłu węglowego roboczych ciuchów, pobieżnie obmyliśmy się zimną wodą nad zlewem. Po przebraniu w wyjściowe rzeczy odebrałem od magazyniera kilka banknotów. Kiedy je przeliczyłem, od razu większość zmęczenia minęła jak ręką odjął. Kazik pomachał w moją stronę swoim zwitkiem.
– To rozumiem. – Uśmiechnął się szeroko.
– Warto było się pomęczyć. – Też rozciągnąłem radośnie usta i kiwnąłem głową.
To była naprawdę dobra wypłata. W pełni zasłużona; czułem w krzyżu oraz w mięśniach, ile mnie i Kazika kosztowała. Schowałem pieniądze do kieszeni i wyciągnąłem rękę do magazyniera.
– Do widzenia. Czas do domu. Za dwie godziny do pracy, więc nie mówię dobranoc.
– Nie zaśnijcie po drodze. – Podał mi rękę na odchodne.
Po kilkuset metrach pożegnałem się z kolegą. Był już niedaleko domu; sam miałem jeszcze półtora kilometra do mieszkania. Niestety, zaczął ponownie siąpić deszczyk. Poczułem chłód; skuliłem ramiona i podniosłem kołnierz kurtki. „Cholera, nie mógł zacząć padać trochę później? Ale zdążę przynajmniej przed pracą porządnie się doszorować i wygrzać w wannie, no i zjeść coś na gorąco. Byle w tej wannie nie przysnąć”. Poklepałem się po mokrych policzkach, gdyż czułem, że jednak senność mnie ogarnia. Na chwilę pomogło.
Szedłem Aleją, ale czułem że zmęczenie i brak snu dają o sobie coraz bardziej znać. Półdrzemałem w marszu, usypiany dodatkowo rytmicznymi uderzeniami własnych butów o płyty chodnika.
– Obywatelu, dokumenty poproszę. – Zatrzymał mnie służbisty głos. Nie od razu oprzytomniałem.
– Taak?
– Dokumenty poproszę.
Szeroko ziewnąłem, przetarłem dłonią usta i spojrzałem przytomniej. Przede mną stało dwóch milicjantów. „Patrol? Kurde, jeszcze im się zachciało łazić po nocy, do tego w deszczu?”.
Przetarłem oczy i sięgnąłem do kieszeni. Milicjant poświecił latarką w podany dowód osobisty, a następnie prosto w moją twarz. Zmrużyłem oczy.
– O Boże, Murzyn! – krzyknął zaskoczony.
– Jaki Murzyn? – Jeszcze niezbyt kontaktowałem. – O co chodzi?
– Wy Murzyn. Gdzieście się tak wysmarowali? – Jeszcze raz zaświecił mi latarką w oczy, następnie w dokument. – Ledwie was poznać na zdjęciu. Co robicie prawie nad ranem? Chlapnęło się za dużo?
– Z roboty wracam. Węgiel rozładowywałem nad Wisłą. – Ziewnąłem tak szeroko, że poczułem iż jeszcze trochę a rozerwę sobie szczękę. – Cała noc, dopiero skończyłem.
– Z roboty, węgiel? A chuchnijcie no.
Nie miałem najmniejszej chęci na dłuższe kontynuowanie dyskusji z „niebieskimi”. Marzyłem o kąpieli w wannie, jedzeniu i gorącej herbacie. Dmuchnąłem mu w twarz. Pokręcił nosem.
– Naprawdę nie pił. – Te słowa skierował do swojego kolegi z patrolu. Oddał mi dowód osobisty.
– W porządku, możecie iść. Zataczaliście się, obywatelu, jak pijany.
Znowu szeroko ziewnąłem i schowałem dokument do kieszeni.
– Śpię już na stojąco. Jestem naprawdę wykończony. Marzę tylko o domu.
Zasalutował.
– Idźcie już, idźcie. Wyśpijcie się. Tylko wpierw się porządnie domyjcie, nim małżonka się obudzi, bo – uśmiechnął się lekko – może nie poznać i wrzasku narobić. Zobaczycie siebie w lustrze. Murzyn! – Pokręcił głową, tym razem już śmiejąc się głośno. – Prawie jak prawdziwy!
Ale mądrala… Długo nie pośpię. Tylko co on z tym Murzynem? Przecież się umyłem po robocie.
Niezbyt do mnie dotarło i mało mnie interesowało, czemu się śmiał. Byłem półprzytomny ze zmęczenia i potrzeby snu. Powlokłem się dalej. Na szczęście brama Stadionu Centralnego, za którego tylnym ogrodzeniem mieszkałem, była otwarta. „Jakby wiedzieli, kiedy jej nie zamknąć. No i dobrze, mam bliżej”.
Niestety, tylna furtka była zamknięta. Nie miałem najmniejszego zamiaru wracać i nakładać jeszcze drogi. Przeszedłem górą przez płot i…
Wreszcie w domu! Spojrzałem na zegarek. „Jasny gwint! W pół do piątej, nawet nie zdążę się zdrzemnąć”. Czas poganiał – ciche otwarcie drzwi mieszkania, w łazience puszczenie do wanny strumienia gorącej wody i zrzucenie ubrania zajęło minutę. Ledwie się zanurzyłem, namydliłem i trochę spłukałem, a woda stała się ciemna jak bagienna. Wypuściłem ją z wanny i ponownie napełniłem. Po kolejnej „operacji mycie” spojrzałem wreszcie w lustro…
„Czy ja się doszoruję”?! Czarny pył węglowy dalej tkwił w każdym zakamarku skóry na twarzy, smugi na ciele wyglądały jak rozmazane ciemne pasy na zebrze. Kiedy przeciągnąłem ręką po własnej facjacie, znowu przybrała ona odcień głębokiej szarości. Nawet ładnie się prezentowała w lustrze – oblicze lśniło od tłustego miału węglowego, podobnie jak dłoń. „No tak, wszystko przez ten deszczyk, który kropił”. Dotarło wreszcie do mnie, dlaczego ten milicjant tak się śmiał.
Po kolejnej, odtłuszczającej operacji „woda-szampon-mycie-płukanie” twarz zaczęła wyglądać jako tako. Zostały prawie trzy kwadranse do wyjścia, aby spokojnie zdążyć do pracy. „Jest jeszcze czas na chwilę relaksu w wannie. Należy się” – westchnąłem z ulgą. – „Ochh, jak dobrze tak poleżeć”. Zanurzyłem tułów w ciepłej wodzie aż po szyję, oparłem głowę o brzeg wanny…
– Zdzisiek! Dzień dobry. Wstawaj!! – Przebudzenie było gwałtowne i wyjątkowo nieprzyjemne. Zamrugałem oczyma… Budzikiem przerywającym mój błogostan okazała się małżonka. – Wiesz, która godzina?!
– Aa… dzień dobry, Gabrysiu. – Potrząsnąłem głową, aby wrócić do rzeczywistości. – Niee, ekhm – odkaszlnąłem – nie spałem. Tak tylko, na chwilę. A która?
– Już w pół do szóstej…
– Sacrebleu! – Wyskoczyłem z wanny jak z procy, rozchlapując naokoło wodę. „Jednak przysnąłem”!
Przetarłem dłonią oczy, które mnie piekły od niewyspania. W pośpiechu wytarłem ciało i wciągnąłem na siebie ubranie. Po krótkiej chwili już zbiegałem po schodach.
– Poczekaj! Trzymaj! – Małżonka zrzuciła mi jeszcze woreczek. – Przecież nawet nic nie zjadłeś…
Chwyciłem jedzenie i pomachałem ręką na pożegnanie. Nie było już czasu na zwykły marsz; kurzgalopek w zimnym październikowym powietrzu nawet mnie orzeźwił. „Obym zdążył! Bylebym zdążył odbić tę cholerną kartę zegarową!”.
Zmachany i spocony wbiegłem do pomieszczenia wartowni, wyciągnąłem z przegródki kartę. „Którą wybije? Piąta pięćdziesiąt dziewięć!”.
Kilka głębokich oddechów pomogło. Mogłem już się uspokoić. Ważne, że na karcie jest wybite „przed szóstą”. Na koniec pracy ludzie potrafili stać w kolejce przed zegarami już kilka minut wcześniej, czekając aż zegar wskaże magiczną godzinę czternastą lub piętnastą. Ale nie można jej było rozpoczynać „punkt godzina i minuta”; karta musiała być odbita wcześniej.
Już uspokojony poszedłem na górę budynku, do swojego działu zaopatrzenia. „Uff… teraz godzinka na odpoczynek, póki inni nie przyjdą na siódmą”.
Okazało się to marzeniem ściętej głowy. Kierownicy na wydziałach produkcyjnych wiedzieli, że pracuję już od szóstej. Tego dnia jakby się umówili – odbierałem telefon za telefonem. Plan był już zagrożony, mimo że październik to dopiero połowa kwartału. „Co z miedzią? Jak z wypraskami do pomp? Kiedy, do cholery, dostanę te styczniki do hydroforów?!”.
Praca zaopatrzeniowca w realnym socjalizmie początku lat osiemdziesiątych nie należała do najprzyjemniejszych, delikatnie rzecz nazywając. W gospodarce ciągłych niedoborów wszystkie łańcuszki kooperacji się rwały. W tym czasie „pani Kasia” czy „pan Stasio” z działu zbytu jednego czy drugiego dostawcy byli ważnymi personami, z którymi trzeba było dobrze żyć, czasem podrzucić czekoladki, koniaczek lub inny drobny prezent. Inaczej trudno było w pełni zabezpieczyć potrzeby fabryki w surowce i półfabrykaty do produkcji, a przy niewykonaniu planu wszyscy żegnali się z premią. Zaopatrzeniowiec był tym proszącym i przymilającym się.
Jeden telefon odbierałem, za chwilę sam dzwoniłem do dostawców. Nie było mowy o odpoczynku, wykorzystaniu godziny na malutką drzemkę przy biurku. Może i dobrze… nie byłoby miłe, gdyby kierownik, który zawsze przychodził już kwadrans przed siódmą, zastał mnie z głową przytuloną do blatu biurka.
– Dzień dobry, Zdzisiek. Jak idzie, spokój dzisiaj? – To koleżanka z pokoju powitała mnie radosnym świergotaniem. – Jeszcze tylko kilka godzin i wolna sobota!
– Cześć, Irenka. – Odłożyłem długopis i szeroko ziewnąłem. – Lepiej nie pytaj. Prawie prosto z roboty przyszedłem do pracy. Tylko cii o tym… – Położyłem palec na ustach. – Jakoś wytrzymam. Na szczęście jutro wolne.
Przypatrzyła mi się uważnie.
– Widzę. Węgiel? – zapytała współczującym tonem. – Idź się domyj, bo jeszcze widać.
– Jeszcze?! Chce się mieć ciut więcej, trzeba dorobić – dorzuciłem filozoficznie. – Dzięki, w nocy nie było widać. . Chyba że w świetle latarki – uśmiechnąłem się na wspomnienie zdarzenia z milicjantami.
Zaśmiała się współczująco.
– Oj, ty biedaku. No, idź się domyj. Lepiej niech Kochański tego nie zobaczy, bo ci cofnie zgodę na tę szóstą. Nastawię na kawę, co?
Kawę?! Kompletnie o niej zapomniałem, telefony trzymały mnie przy biurku.
– Dobra duszyczka z ciebie. Może postawi mnie na nogi. Dzięki.
W łazience zmitrężyłem trochę czasu, ale wreszcie na twarz wróciły bardziej naturalne kolory. Po wyjściu z pomieszczenia już na korytarzu poczułem zapach zaparzonej kawy. Napełniona nią szklanka stała na biurku; z prawdziwą przyjemnością wypiłem kilka szybkich łyków gorącego płynu. „Dobra koleżanka w pracy to prawdziwy skarb”!
Ten piątek nie był jednak dniem, o którym można było powiedzieć, że człowiek zbijał bąki w pracy. Nie miałem chwili na odsapnięcie i ulgowe nic nierobienie. Ale przynajmniej nie czułem niewyspania. Młody organizm pozwalał jeszcze jedną czy drugą noc zarwać.
PoPozostałe godziny pracy były dalej intensywne. Minęły mi tak szybko, że nawet nie spostrzegłem, kiedy nadeszła godzina czternasta. „Koniec na dzisiaj”!
Po powrocie do domu wreszcie zjadłem porządny, gorący obiad. Położyłem się „na chwilkę” i… jak to powiadają – padłem na polu chwały. Po obudzeniu zegar wskazywał północ. Przydała się ta przedłużona drzemka moim mięśniom – czułem je jeszcze przez kilka sobotnich godzin, ale nie aż tak, jak się obawiałem.
Reszta zmęczenia od razu ustąpiła, kiedy z kieszeni spodni wyciągnąłem zwitek banknotów i wręczyłem małżonce. Dobę wcześniej jeszcze nie wiedziałem, że będzie to aż tak przyjemny ciężar. A jaka była radość Gabrysi – potrzeby młodej rodziny znacząco przewyższały wysokość pensji zwykłego zaopatrzeniowca.